Jedno sformułowanie wystarczyło, by wywołać gwałtowną reakcję. Po publikacji tekstu, w którym użyliśmy określenia „kolega Gibały”, napisał do nas Bartłomiej Kocurek. Osoba, którą tym mianem opisaliśmy. Z żądaniem natychmiastowej zmiany.
Powód? Jak sam stwierdził, wolałby być określany słowami powszechnie uznawanymi za wulgarne, niż zostać nazwanym „kolegą Gibały”.
– Moja odporność na inwektywy w sieci też ma swoje granice – mówi nam Bartłomiej Kocurek.
ZOBACZ: Kolega Gibały ujawnia: "Nie pogodził się z przegraną i zaczął szukać sposobu..."
Warto więc doprecyzować: nie chodziło o prywatne relacje, wspólne kolacje ani polityczne braterstwo dusz. Określenie „kolega” zostało użyte w najprostszym możliwym znaczeniu - jako współuczestnik pracy w radzie miasta. „Kolega” z rady. Formalnie: współradny. Instytucjonalnie: osoba zasiadająca w tym samym gremium.
Dla Bartłomieja Kocurka to jednak za dużo. Radny stanowczo odcina się od jakiegokolwiek łączenia go z Łukaszem Gibałą, nawet na poziomie faktów organizacyjnych. Samo zestawienie nazwisk okazuje się bardziej dotkliwe niż najcięższa obelga.
Bo w tej historii „kolega” nie jest opisem relacji. Jest oskarżeniem.


