Przeczytasz w 2-3 minuty
fot. Pixabay

Lokalni aktywiści, kandydaci na radnych i grupa ludzi, którzy zrobili sobie z budżetu obywatelskiego stałe hobby (bo nie mają nic lepszego do roboty) – to dziś właściwie jedyni realni uczestnicy całego systemu. Cała reszta krakowian? Ma ten budżet obywatelski po prostu gdzieś. I nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Zaklinanie rzeczywistości przez polityków, że „mieszkańcy się angażują”, zaczyna brzmieć jak rutynowa formułka odklejona od faktów.

Kraków znów się chwali: 13. edycja budżetu obywatelskiego, rekordowe 54 miliony złotych do rozdania. W papierach wygląda to pięknie – „mieszkańcy decydują”, „realny wpływ”, „demokracja w praktyce”. Tyle że im dalej w liczby, tym bardziej widać, że ta opowieść ma coraz mniej wspólnego z rzeczywistością.

Bo fakty są takie, jak podaje kr24.pl: projektów jest coraz mniej. W 2024 roku – ok. 1100. Rok później – 1152. A teraz? Zaledwie 650. Spadek nie o kilka procent, tylko o niemal połowę względem poprzednich lat. W niektórych dzielnicach wygląda to jeszcze gorzej. Bieńczyce: z 22 projektów robi się 9. Czyżyny: z 45 spadek do 11. To nie jest „wahanie frekwencji”. To jest ucieczka ludzi z systemu.

ZOBACZ TAKŻE: Szokujące wyniki kontroli w żłobkach! Kraków stracił gigantyczne pieniądze

Radna Agnieszka Paderewska pyta wprost prezydenta Aleksandra Miszalskiego: co się dzieje? I to bardzo dobre pytanie, bo odpowiedź jest niewygodna dla wszystkich, którzy przez lata sprzedawali budżet obywatelski jako wielki sukces partycypacji społecznej.

Prawda jest brutalnie prosta: ludzi to po prostu nie interesuje.

Miasto dwoi i się troi, by promować budżet obywatelski. Wszystko na nic.

I nie dlatego, że „trzeba ich lepiej informować” albo „zwiększyć promocję”. Tylko dlatego, że większość krakowian – i nie tylko krakowian – ma ważniejsze sprawy niż wymyślanie projektów, pisanie wniosków i uczestnictwo w miejskiej grze punktowej. Praca, dzieci, życie, rachunki – to codzienność. A budżet obywatelski? Dla wielu to kolejna urzędnicza procedura, a nie realne narzędzie wpływu.

W efekcie zostaje stała ekipa. W Krakowie budżet obywatelski zawłaszczyli lokalni aktywiści, radni dzielnicowi i kandydaci na radnych, którzy uczynili z niego narzędzie do prowadzenia własnej gry politycznej i kampanii wyborczych. Oni wiedzą, jak to działa, jak zdobyć głosy, jak „ogarnąć projekt”. Reszta miasta? Przechodzi obok. I coraz częściej nawet nie udaje, że ją to obchodzi.

Baner budżetu obywatelskiego

Oczywiście miasto może dalej organizować kampanie promocyjne, zachęcać, tłumaczyć i wydawać kolejne materiały informacyjne. Może nawet zwiększać budżet i robić kolejne edycje z dużą pompą. Tylko że danych nie da się zagadać. Jeśli projektów jest coraz mniej, to znaczy jedno: ludzie głosują nogami. A właściwie – nie głosują wcale.

ZOBACZ TAKŻE: Jaśko, gdzie są pieniądze Polaków? Krakowski radny nabrał wody w usta

I może wreszcie ktoś powinien powiedzieć to głośno: budżet obywatelski nie jest żadnym masowym ruchem mieszkańców. Jest niszowym narzędziem, które przejęła garstka aktywistów / pseudopolityków, a reszta miasta dawno machnęła na to ręką.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

To pomaga nam zarabiać. Nie każdy w Krakowie może liczyć na bogatego tatę.

Czytaj także