Logo Kanał Krakowski
  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026

Obserwuj nas na:

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Reklama - duża
  1. Strona główna

Wydarzenia

Gibała, z przyklejonym uśmiechem, rozdaje pączki

Gibała, z przyklejonym uśmiechem, rozdaje pączki

12 lutego 2026 | 13:31

W Tłusty Czwartek, kiedy naród tonie w lukrze, a cholesterol rośnie szybciej niż sondaże w PowerPoincie, na ulice Krakowa wyruszył on – Łukasz Gibała. Z przylepionym uśmiechem numer 74 (bo poprzednie 73 najwyraźniej nie przeszły focusów) rozdawał mieszkańcom pączki. Kampania wyborcza trwa więc w najlepsze. A raczej: w najsłodsze. Tylko po co radny rozdaje pączki? Wyobrażam sobie te narady: – Panie Łukaszu, trzeba wyjść do ludzi. – To może z projektem uchwały? – Nie, nie, broń Boże. Z pączkiem. I tak oto radny stoi na ulicy jak żywy roll-up z marmoladą i rozdaje kalorie w imię demokracji. Jest sztuczny uśmiech. Jest lukier. Jest zdjęcie na Facebooka. Najlepsze jest to, że ten uśmiech – ten legendarny, kampanijny uśmiech – wyglądał jakby ktoś go przykleił taśmą dwustronną. źródło: FB Gibały A przecież pamiętamy, że Gibała miał przeszłość w partii Janusza Palikota. A tam, jak wiemy, polityczny performance bywał bardziej ekspresyjny niż parada smoków. Palikot chodził kiedyś z wibratorem, świńskim łbem czy pistoletem, robiąc z polityki kabaret w wersji bez cenzury. Więc pytanie brzmi: co dalej? Dziś pączek. Jutro może gofrownica na Plantach? Pojutrze wata cukrową przed magistratem? A jak i tego będzie mało, to Gibała zacznie uszczęśliwiać krakowian wibratorem? Palikot z dildo Absurd polega na tym, że zamiast rozmowy o konkretach, dostajemy festyn. Zamiast wizji – lukier. Zamiast planu dla miasta – nadzienie różane. ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem Bo jeśli polityka ma polegać na rozdawaniu pączków, to ja poproszę dwie sztuki: jedną z marmoladą, a drugą z programem. Tę drugą, jak dotąd, od Gibały dostać najtrudniej.

Więcej…

UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem

UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem

12 lutego 2026 | 07:25

Zaczynali od 500 złotych przychodu w skali całego roku. Tak: 500 złotych! Finansowa pustynia. Hobbystyczny projekt na granicy przetrwania. A potem pojawił się ON: Łukasz Gibała. I nagle wydarzył się cud. Przychody zaczęły rosnąć lawinowo: do dziesiątek, a później do ponad 160 tysięcy złotych rocznie. Przypadek? Łukasz Gibała prezydentem Krakowa chciałby zostać od dawna. Bardzo dawna. Tak dawna, że w krakowskich kuluarach to już nie ambicja, tylko stały element krajobrazu. Jak gołębie na Rynku i korki na Alejach. W realizacji tego planu Łukaszowi potrzebne były media. Przychylne mu media. I w te media postanowił zainwestować. W moim przekonaniu, rządzenie Krakowem to jego plan już od dawna. To, co robił, gdy jeszcze był posłem Ruchu Palikota wskazywało, że chce być prezydentem  – mówiła Anna Grodzka, z którą rozmawiałem będąc jeszcze dziennikarzem portalu KRKnews.pl, co możecie przeczytać tutaj. Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem – to z kolei Jacek Majchrowski w rozmowie z Kanałem Krakowskim, którą możecie przeczytać tutaj. 500 złotych przychodu rocznie Ale po kolei. Niegdyś w Krakowie pojawił się portal Krowoderska. Na początku był to projekt niemal romantyczny. Mocno satyryczny, prześmiewczy, bezczelny, ironiczny do bólu. Założony przez pasjonatów, którzy potrafili grillować władze miasta jednym akapitem, a prezydenta Jacka Majchrowskiego krytykowali z wdziękiem, jakiego próżno było szukać w oficjalnych mediach. Czytało się to dobrze. Momentami nawet bardzo zabawnie. Problem był jeden: ironią i żartem dzieci nie wykarmisz, na chleb nie zrobisz. Więc tu kończą się żarty, a zaczynają liczby. Fakty są takie: Fundacja będąca wydawcą portalu Krowoderska: w 2018 roku osiągnęła 4 100 zł przychodu, w 2019 roku – 500 zł. Finansowa pustynia. Publicystyczna wolność, ale w portfelu echo. Współpraca z Gibałą I nagle kwiecień 2020 roku. Portal już oficjalnie chwali się współpracą z… Łukaszem Gibałą. Tym samym, który w tym czasie intensywnie budował swoje polityczne zaplecze i szukał przychylności mediów, które mogłyby pomóc mu w drodze do fotela prezydenta Krakowa. źródło: krowoderska.pl Umowa zostaje podpisana. A potem dzieje się coś, co księgowi lubią najbardziej. 2020 rok – przychody fundacji: 80 tys. zł, 2021 – 150 tys. zł, 2022 – 150 tys. zł, 2023 – 161 tys. zł, 2024 – 98 tys. zł. Z 500 zł do dziesiątek, a potem setek tysięcy. Skok godny tyczkarza olimpijskiego. grafika: Kanał Krakowski Oczywiście: korelacja to nie dowód. Nikt nie twierdzi, że podpisanie umowy z Łukaszem Gibałą automatycznie przełożyło się na zmianę tonu, linii redakcyjnej czy nagły przypływ sympatii. Ale trudno nie zauważyć, że moment finansowego przełomu portalu zbiegł się w czasie z politycznymi ambicjami człowieka, który od lat chce zostać prezydentem Krakowa. Prezydenckie ambicje Gibały Krowoderska przestała tonąć. Zaczęła pływać. A z czasem całkiem sprawnie utrzymywać się na powierzchni. I to już nie była publicystyczna partyzantka ani ironiczny „fanzin” tworzony po godzinach, lecz projekt, który nagle znalazł stabilne źródło (lub źródła) finansowania. Czy to opowieść o naturalnym dojrzewaniu mediów? O tym, że nawet najbardziej buntownicza satyra w końcu musi zapłacić rachunki? A może o tym, jak polityczne ambicje spotykają się z medialnymi potrzebami, dokładnie w tym samym czasie i miejscu? Kraków zna takie historie. Tu przypadki lubią chodzić parami, a zbiegi okoliczności regularnie układają się w ciągi. Jedno natomiast nie ulega wątpliwości: Łukasz Gibała od lat bardzo chce zostać prezydentem Krakowa. I, jak pokazują nie tylko deklaracje, ale też twarde liczby: do tego celu nie idzie na skróty, lecz bardzo konsekwentnie buduje swoje zaplecze. Również to medialne. ZOBACZ TAKŻE: Wiemy, ile miasto zapłaci za organizację referendum

Więcej…

Broszura dla "kumatych", komiks dla reszty. Propaganda Gibały szyta na miarę

Broszura dla "kumatych", komiks dla reszty. Propaganda Gibały szyta na miarę

11 lutego 2026 | 11:25

Kampania ruszyła na całego! Do zakładów pracy, biur, korporacji i instytucji, gdzie zwykle królują regulaminy, pieczątki i zapach drukarki laserowej, zaczęły trafiać nowe „materiały informacyjne”. Leżą grzecznie na stolikach: jedne udają ambitną publicystykę, drugie – kolorowe komiksy z wielkimi literami i jeszcze większym przesłaniem. Oferta kompletna. Segmentacja rynku dopracowana. Dla bardziej inteligenckiej klienteli – broszurka: kreska oszczędna, ironia podszyta poczuciem wyższości, hasła, które mają sprawiać wrażenie, że czytelnik sam doszedł do wniosków. Dla reszty – wersja obrazkowa. Komiks. Bo przecież nie każdy ma czas czytać całe zdania. Niektórzy wolą, jak im się pokazuje palcem i mówi wolno. To nie jest prasa. To gadzinówka w dwóch formatach: „dla kumatych” i „dla tych, co wolą oglądać”. Jedna do kawy, druga do poczekalni. Obie z tym samym przekazem, tylko inną czcionką. ZOBACZ TAKŻE: Wiemy, ile miasto zapłaci za organizację referendum A nad tym wszystkim unosi się głos Gibały – prosty, donośny, skierowany dokładnie tam, gdzie trzeba. Bez niuansów, bez wątpliwości. Bo po co pokazywać rzeczywistość, skoro można ją wykreować i narysować w trzech kadrach i dymku? Najzabawniejsze (albo najsmutniejsze) jest to, że nikt już nawet nie udaje, że chodzi o debatę. To raczej test: czy wolisz czytać, czy oglądać? Jeśli czytasz – dostaniesz „analizę”. Jeśli oglądasz – dostaniesz bohatera w pelerynie i antagonistę rysowanego czarną kreską. ZOBACZ TAKŻE: Desperacka walka Gibały i Młodzieży Wszechpolskiej o podpisy Krakowianie widzieli już wiele. Ale tak bezczelnego wciskania propagandy w wersji „light” i „extra light” dawno nie było. Teraz pozostaje tylko pytanie: czy następnym krokiem będzie audiobook? Dla tych, którym nawet komiks to za dużo wysiłku. Bo gadzinówka, jak widać, nie zniknęła. Ona po prostu dostosowała się do poziomu odbiorcy.

Więcej…

Polityk, który nie rozmawia, ale się tłumaczy. "Czy stać Pana na taką awangardę?"

Polityk, który nie rozmawia, ale się tłumaczy. "Czy stać Pana na taką awangardę?"

10 lutego 2026 | 19:24

Niby z nami nie gada. To znaczy: na serio nie gada. Niby nas ignoruje. Niby nie zauważa. A tu proszę! Okazuje się, że Łukasz Gibała pała do nas jakimś uczuciem. A już na pewno – i to jest fakt – bardzo się z nami liczy. Nie tak dawno dostaliśmy na Facebooku odznakę „lidera wśród fanów” pana Łukasza. Niby drobiazg. Niby nic wielkiego. Ale jednak człowieka to cieszy. Bo odznaki nie biorą się znikąd. Ktoś musi patrzeć, czytać, reagować. Nawet jeśli oficjalnie „nie gada”. To jednak, co wydarzyło się dziś, ucieszyło nas jeszcze bardziej. Rano opublikowaliśmy tekst, w którym napisaliśmy wprost, że Łukasz Gibała desperacko walczy o podpisy, że gra toczy się o honor referendum, a zbiórka wcale nie idzie tak dobrze, jak próbują przekonywać jego współpracownicy. Że trzeba było wydłużyć godziny funkcjonowania biura. Że w ruch poszli emisariusze, wysyłani do ludzi, by ratować sytuację i zbierać podpisy, gdzie się tylko da. Tekst Tekst był konkretny, oparty na informacjach, bez lania wody. Dostępny jest tutaj: Desperacka walka Gibały i Młodzieży Wszechpolskiej o podpisy I dosłownie kilka minut po publikacji… Łukasz Gibała zareagował. Tak jakby chciał nam zaprzeczyć. Tak jakby bał się, że ludzie uznają, iż znowu to my stanęliśmy po stronie prawdy. Tak jakby nie mógł zostawić tego bez odpowiedzi. I proszę bardzo: pojawia się post. Że wcale nie jest źle. Że jest wręcz wyśmienicie. Że wszystko idzie zgodnie z planem, a podpisy same niemal spływają szerokim strumieniem. źródło: FB Gibały Przypadek? Oczywiście. Zawsze „przypadek”. My nie twierdzimy, że pan Łukasz czyta każdy nasz tekst. Nie twierdzimy, że nerwowo odświeża stronę i czeka, co znów napiszemy. Broń Boże. Ale fakty są uparte: publikujemy tekst – jest reakcja. I to jest chyba najlepsze podsumowanie naszej roli. Skoro polityk, który rzekomo nas nie zauważa, reaguje szybciej niż jego sztab to znaczy, że jednak warto czytać, co piszemy. A skoro reaguje nerwowo to znaczy, że trafiamy tam, gdzie boli. Na koniec więc tylko jedno: Panie Łukaszu, skoro już się Pan z nami liczy, to proszę się nie krępować i zgodzić się na rozmowę. Autoryzowaną, oczywiście. My zadamy pytania, Pan odpowie. Prosto, jasno, bez gierek. Ale prosimy bez klasycznego manewru: „proszę kontaktować się z panią od PR-u” albo „proszę przesłać pytania mailem”. Nie. Porozmawiajmy normalnie. Twarzą w twarz. Bez pośredników, bez bezpiecznych buforów, bez wycinania niewygodnych tematów. Czy stać Pana na taką awangardę?

Więcej…

Wiemy, ile miasto zapłaci za organizację referendum

Wiemy, ile miasto zapłaci za organizację referendum

10 lutego 2026 | 12:12

Nawet trzy miliony złotych będzie kosztować organizacja referendum w Krakowie. To koszty, które poniesie miasto, jeśli głosowanie za odwołaniem prezydenta Aleksandra Miszalskiego dojdzie do skutku. Do tego doliczyć należy kolejne miliony wydane na organizację przedterminowych wyborów. Na ten moment trudno podać koszty organizacji referendum co do złotówki, ale szacunki można oprzeć na wyliczeniach sprzed kilku lat. Oczywiście, dziś te koszty będą zdecydowanie wyższe. – Należy mieć na uwadze, że to kalkulacja sprzed pięciu lat, a sytuacja gospodarcza, ekonomiczna i ta związana z rynkiem pracy oraz z wynagrodzeniami uległy zmianie – informuje krakowski magistrat. W oparciu o koszty poniesione przy organizacji pierwszej tury wyborów na Prezydenta RP w 2020 roku, urząd miasta oszacował, że  organizacja referendum lokalnego w 2021 roku wyniosłaby od 2 050 000 do 2 350 000 złotych.  Dziś, po pięciu latach, ta kwota oscyluje w okolicach 3 milionów złotych. Na koszt całkowity składają się:  Koszty diet członków MKW i OKW (koszt zależny od liczby osób w komisjach i wysokości diet jednostkowych). Koszty organizacyjne – przygotowania i przeprowadzenia referendum (w tym umowy zlecenia). Czynności do wykonania:•    spisy wyborców,•    wydruk materiałów wyborczych - poligrafia,•    przygotowywanie geografii wyborczej,•    obsługa obwodowych komisji wyborczych - lokali,•    obsługa obwodowych komisji wyborczych - składy,•    dyżury w dzień referendum,•    korespondencja z wykonawcami, szkołami, instytucjami,•    listy wypłat diet – obsługa finansowa,•    sporządzenie umów ich rejestracja i  ich rozliczenie,•    wysyłka powiadomień i SMS,•    obsługa wyborców niepełnosprawnych,•    obsługa telefoniczna meldunków w dniu wyborów,•    zakupy materiałów dla OKW i ich dystrybucja,•    obsługa informatyczna Miejskiej Komisji Wyborczej i operatorów,•    Urzędnik Wyborczy,•    obsługa budżetu i rozliczenie referendum.Łącznie przy obsłudze wyborów pracuje od 180-200 pracowników. Koszty obsługi informatycznej - operatorzy w OKW (umowy zlecenia). Koszty obsługi lokali wyborczych (gospodarze budynków). Umowy zlecenia z pracownikami szkół i innych instytucji udostępniających budynek na siedziby OKW. Koszty transportu (rozwiezienie wyposażenia i kart do głosowania, transport przewodniczących OKW z wynikami i zwiezienie materiałów powyborczych do miejsca składowania). Środki dezynfekujące i środki ochrony osobistej. Koszty wydruku kart do głosowania i obwieszczeń urzędowych, protokołów itp. (koszt zależny od liczby i formatu). Sporządzenie spisu wyborców i druków. Koszty ekspozycji obwieszczeń (w zależności od zakresu). Wyposażenie lokali wyborczych  (parawany, flagi, godła). Zaopatrzenie OKW w materiały biurowe. Zapewnienie transportu dla wyborców z niepełnosprawnościami. Ryczałt za telefony komórkowe dla przewodniczących OKW. To koszty organizacji samego referendum. Jeśli mieszkańcy odwołają Aleksandra Miszalskiego, wówczas odbędą się przedterminowe wybory. Koszt ich organizacji to kolejne około trzy miliony złotych.  A jeśli – co najbardziej prawdopodobnie – dojdzie do drugiej tury wyborów na prezydenta Krakowa, wówczas całość może kosztować miasto około 9 milionów złotych. ZOBACZ TAKŻE: Desperacka walka Gibały i Młodzieży Wszechpolskiej o podpisy

Więcej…

Desperacka walka Gibały i Młodzieży Wszechpolskiej o podpisy

Desperacka walka Gibały i Młodzieży Wszechpolskiej o podpisy

10 lutego 2026 | 10:09

Oddolny zryw mieszkańców? Tylko dla naiwnych. Gdyby podpisów było tak wiele, jak zapewniają organizatorzy, nikt nie płaciłby ludziom za zbiórkę, nie przedłużał godzin pracy biura i nie wysyłał emisariuszy po każdy pojedynczy autograf. To nie entuzjazm społeczny – to polityczna walka o przetrwanie projektu Gibały. Tylko ślepym, głuchym i wyjątkowo naiwnym trzeba dziś tłumaczyć, że zbieranie podpisów pod referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa nie ma nic wspólnego z „oddolną akcją obywateli”. To nie spontaniczny zryw mieszkańców, lecz polityczna operacja, prowadzona z pełną świadomością celu i konsekwencji. I nawet chyba nikt już specjalnie nie próbuje tego ukrywać. Maski opadły, a spod nich wyjrzały twarze skrajnej prawicy, politycznych radykałów i samego Gibały. Zbieranie podpisów miało iść – jak przekonują organizatorzy – wręcz lepiej niż wyśmienicie. W medialnej narracji pojawiają się opowieści o „pierdyliardzie” podpisów (prosze wybaczyć kolokwializm, ale kto by to jeszcze liczył), o masowym poparciu i społecznej fali, która rzekomo sama niesie referendum do sukcesu. Tymczasem rzeczywistość brutalnie skrzeczy. Bo jeśli podpisów faktycznie jest aż nadto, to dlaczego Łukasz Gibała dwoi się i troi, by w ogóle dobić do wymaganej liczby? Najpierw zaczął płacić ludziom, by w ogóle chcieli zbierać podpisy. ZOBACZ: Serce bije szybciej, gdy w portfelu coś szeleści. A gdy szeleści, to wiadomo – od Gibały Potem przedłużył godziny otwarcia swojego biura, by umożliwić dowożenie kolejnych list. A teraz? Teraz wysyła swoich ludzi, by odbierali pojedyncze podpisy bezpośrednio od mieszkańców. Oczywiście wszystko pod szlachetną przykrywką „troski o wykluczonych”. źródło: KdM I jasne, nikt nie odmawia żadnej grupie społecznej prawa do złożenia podpisu. Tyle że jeśli zbiórka rzeczywiście „idzie tak świetnie”, to dla powodzenia referendum nie ma żadnego znaczenia, czy podpisów jest 80 tysięcy czy 800 tysięcy. Ma natomiast ogromne znaczenie, czy jest ich 57 czy 60 tysięcy. Czyli: dokładnie na styku. Dlatego Gibała wchodzi w kolejne koszty tylko po to, by dosypać następne pojedyncze podpisy – te niby masowo składane przez „wkurzonych mieszkańców”. ZOBACZ TAKŻE: Opłacani "wolontariusze" chodzą po domach i proszą o PESEL Czy tak wygląda akcja, która „idzie sama”? Coraz bardziej przypomina to nerwowe liczenie każdego nazwiska na liście. Każdego podpisu, o który trzeba zabiegać, czasem niemal wyrywać go z rąk przechodniów. A wszystko to przy rosnących wydatkach. Przypomnijmy: miało być oddolnie, obywatelsko i prawie za darmo. fot. Kanał Krakowski Tymczasem pieniądze są dokładane na logistykę, ludzi w terenie i dłuższą pracę biura. Po co? By dowieźć brakujące dwa–trzy tysiące podpisów? A może już tylko kilkaset? Konkretne liczby zniknęły z przekazu, za to narracja o „ogromnym sukcesie” brzmi coraz bardziej jak zaklinanie rzeczywistości. I tu dochodzimy do sedna. To nie jest żadna obywatelska inicjatywa. To polityczny zryw. I mówią o tym sami politycy. Wystarczy posłuchać Konrada Berkowicza, który otwarcie przyznaje, że referendum ma być narzędziem politycznym. Nie tylko do obalenia Aleksandra Miszalskiego, ale też do budowania kapitału, przejmowania wpływów i rozgrywania kolejnych szczebli władzy. Dla Berkowicza to instrument. Środek do celu. źródło: FB A jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, właśnie zostały one ostatecznie rozwiane. Oto bowiem „na pomoc” organizatorom krakowskiego referendum przybyła… Młodzież Wszechpolska. Tak, ta sama. Trudno o bardziej jednoznaczny dowód na to, że z oddolnym ruchem obywatelskim nie ma to absolutnie nic wspólnego. Naprawdę – oddolny zryw? Z politycznymi liderami w tle, z otwarcie deklarowanymi ambicjami władzy i ze wsparciem skrajnie ideologicznych organizacji? Jeśli tak ma wyglądać „inicjatywa mieszkańców”, to słownik pojęć trzeba by pisać od nowa. Jedno jest pewne: im głośniej organizatorzy krzyczą o masowym poparciu, tym wyraźniej widać nerwowość. A desperacka walka o każdy podpis mówi więcej niż tysiąc triumfalnych postów w mediach społecznościowych.

Więcej…

Przesadziliśmy. „Kolega Gibały” obraża bardziej niż wulgaryzmy

Przesadziliśmy. „Kolega Gibały” obraża bardziej niż wulgaryzmy

09 lutego 2026 | 20:21

Jedno sformułowanie wystarczyło, by wywołać gwałtowną reakcję. Po publikacji tekstu, w którym użyliśmy określenia „kolega Gibały”, napisał do nas Bartłomiej Kocurek. Osoba, którą tym mianem opisaliśmy. Z żądaniem natychmiastowej zmiany. Powód? Jak sam stwierdził, wolałby być określany słowami powszechnie uznawanymi za wulgarne, niż zostać nazwanym „kolegą Gibały”. – Moja odporność na inwektywy w sieci też ma swoje granice – mówi nam Bartłomiej Kocurek. ZOBACZ: Kolega Gibały ujawnia: "Nie pogodził się z przegraną i zaczął szukać sposobu..." Warto więc doprecyzować: nie chodziło o prywatne relacje, wspólne kolacje ani polityczne braterstwo dusz. Określenie „kolega” zostało użyte w najprostszym możliwym znaczeniu - jako współuczestnik pracy w radzie miasta. „Kolega” z rady. Formalnie: współradny. Instytucjonalnie: osoba zasiadająca w tym samym gremium. Bartłomiej Kocurek Dla Bartłomieja Kocurka to jednak za dużo. Radny stanowczo odcina się od jakiegokolwiek łączenia go z Łukaszem Gibałą, nawet na poziomie faktów organizacyjnych. Samo zestawienie nazwisk okazuje się bardziej dotkliwe niż najcięższa obelga. Bo w tej historii „kolega” nie jest opisem relacji. Jest oskarżeniem.

Więcej…

Kolega Gibały ujawnia: "Nie pogodził się z przegraną i zaczął szukać sposobu..."

Kolega Gibały ujawnia: "Nie pogodził się z przegraną i zaczął szukać sposobu..."

09 lutego 2026 | 17:13

– Łukasz Gibała nie do końca pogodził się z przegraną i już praktycznie zaraz po wyborach zaczął mówić w kuluarach, że będzie szukał sposobu, aby odwołać prezydenta Miszalskiego – ujawnił krakowski radny Bartłomiej Kocurek. Jego zdaniem to właśnie Gibałą stoi za akcją referendalną, która ma doprowadzić do odwołania Aleksandra Miszalskiego. – Proszę pamiętać, że prezydent Miszalski wygrał wybory niewielką większością głosów. Dostał ich 51% w stosunku do 49% w drugiej turze, czyli połowa wyborców zagłosowała na innego kandydata. Ten kontrkandydat nie do końca pogodził się z przegraną i już praktycznie zaraz po wyborach zaczął mówić w kuluarach, że będzie szukał sposobu, aby odwołać prezydenta Miszalskiego – powiedział radny Kocurek w wywiadzie udzielonym portalowi KRKnews.pl. Jego zdaniem organizatorzy zbiorą 60 tysięcy podpisów potrzebnych do przeprowadzenie referendum.  – Są też takie grupy wyborców, które dla zasady będą zawsze na „nie” wobec osoby, która nie jest z ich opcji politycznej. Nie wynika to jedna z jakiegoś gniewu ogólnokrakowskiego, nie mówimy o gigantycznych ilościach, które wskazywałyby, że wszystko się wali, że wszystko jest źle. Gdyby rzeczywiście zebrano tych podpisów 200-250 tysięcy, to wtedy można byłoby mówić, że jest jakiś problem. Jednak – patrząc na to, co właśnie się dzieje na ulicach – ja nie widzę tego zrywu, nie widzę tej determinacji i wielkiego szaleństwa, które świadczyłyby o zrywie. Mało tego, proszę też pamiętać, że większość mieszkańców Krakowa tak naprawdę nie interesuje się panem Gibałą, panem Hoffmanem, nie wiedzą, kim oni są. Mówimy o pewnych bańkach – dodaje polityk KO. Cały wywiad możecie przeczytać tutaj: Radny Kocurek o referendum: Nie ma absolutnie nic, żeby buntować się przeciwko władzy źródło: KRKnews.pl  

Więcej…

Skrajna prawica ujawnia prawdziwe zamiary związane z referendum

Skrajna prawica ujawnia prawdziwe zamiary związane z referendum

09 lutego 2026 | 12:56

Organizatorzy referendum mówią, że to spontaniczny, obywatelski bunt. Ruch oddolny. Inicjatywa społeczna. Tylko że patrząc na całą sprawę… no cóż, ręce same opadają. Bo to nie żadna spontaniczna akcja „z ludu”, tylko dokładnie przemyślana akcja polityczna. I kto to potwierdza? Sam Konrad Berkowicz, złodziej patelni z IKEA, lider Konfederacji, który mówi wprost: obalenie Miszalskiego to próba zawłaszczenia sobie państwa. Tak, dobrze czytacie – nie jakieś tam „oddolne zaangażowanie mieszkańców”, tylko polityczna szachownica, gdzie Kraków staje się pionkiem w ogólnopolskiej rozgrywce. Tracąc Kraków, Tusk może stracić władzę w kraju. O to chodzi. źródło: FB Berkowicza Patrząc na to z dystansu, cała narracja o „obywatelskiej inicjatywie” brzmi jak kabaret. Kto naprawdę wierzy, że setki banerów, kampania w mediach i precyzyjnie skoordynowane ruchy uliczne to dzieło spontanicznego entuzjazmu? To wygląda dokładnie tak, jak wygląda: akcja polityczna, której celem jest uderzenie w KO i pokazanie, że „Tusk nie jest niezniszczalny”. ZOBACZ TAKŻE: Oto zwycięzca w kategorii: Dzban Roku! Najpierw IKEA, a teraz TO Nie ma tu żadnej magii demokracji oddolnej. Są polityczne kalkulacje, interesy i – powiedzmy sobie szczerze – typowe dla sceny politycznej polowania na władzę. Kraków to scenografia, Miszalski – jeden z aktorów, a cała reszta to gra o wpływy i tytuły w ogólnopolskich mediach. Więc jeśli ktoś myślał, że to spontaniczny „ruch obywatelski”, czas zdjąć różowe okulary. Polityka nie zna żartów, a Kraków właśnie stał się sceną kolejnej sztuki politycznej, w której obywatel… no cóż, odgrywa rolę widza. ZOBACZ TAKŻE: Działaczka Konfederacji zaprasza Rosjan, u Gibały szwalnia onuc. Kacapy przejmują Kraków?

Więcej…

Kamraci z mocnym wsparciem dla referendum. „Zaangażowane 3 grupy”

Kamraci z mocnym wsparciem dla referendum. „Zaangażowane 3 grupy”

05 lutego 2026 | 22:00

Gdy w mobilizacji Krakowian nie pomogły tysiące fake kont w social media, darmowe pączki i opłacane przez „mieszkańców” słupy uderzające w prezydenta, do boju ruszyli… Kamraci. Prorosyjski patostreamer Wojciech Olszański nie tylko poparł krakowskie referendum, ale zapowiedział zaangażowanie w polityczną awanturę… trzech grup kamrackich! Rozmowę z „Jaszczurem” opublikował Kurier Krakowski w ramach swojego wideo cyklu „Krakowskie espresso”. W trwającej blisko pół godziny rozmowie dziennikarza Kuriera z Olszańskim,  do którego w pewnym momencie dołączył Marcin Osadowski zwany „Ludwiczkiem”, sporo jest wątków krakowskich. Kamraci nie szczędzą krytyki Strefie Czystego Transportu oraz proekologicznym rozwiązaniom, w tym… zakazowi używania paliw stałych w domowych piecach. W pewnym momencie Ludwiczek atakuje też wszystkich Krakowian, twierdząc, że próba odwołania prezydenta w referendum podejmowana jest za późno, bo należało go w ogóle nie wybierać. „Polak mądry po szkodzie” kwituje Osadowski. Co ciekawe, pomimo sporej krytyki obecnych władz miasta, obdywaj Kamraci twierdzą, że nawet jeśli uda zebrać się podpisy, to mieszkańcy nie wezmą udziału w referendum. „Kraków zawsze był lewacki” – przekonuje Jaszczur, wspominając swoje studenckie lata spędzone w stolicy Małopolski. Kamraci pomogą w zbiórce? Publikacja wywiadu z prorosyjską ferajną zbiegła się w czasie z coraz większymi kłopotami komitetu referendalnego i drastycznie spadającym zainteresowaniem prawicową awanturą wśród mieszkańców Krakowa. Pomimo świetnie rozplanowanej przez twórców referendum akcji w internecie, mróz oraz ferie skutecznie utrudniają zbiórkę danych od Krakowian. O innych powodach kłopotów z pozyskiwaniem danych Krakowian pisaliśmy TUTAJ.    Nie pomagają również spore wpadki. Jak ujawniliśmy na Kanale Krakowskim, wg oficjalnej strony referendalnej Administratorem Danych Osobowych mieszkańców, którzy składali podpisy była warszawska organizacja. Zapis zmieniono dopiero gdy nasza redakcja zainteresowała się tym tematem. Czy poparcie idei referendum oraz jasna deklaracja zaangażowania w zbiórkę podpisów sił „kamrackich”, nieukrywających swoich prorosyjskich i antyunijnych sympatii, uratuje akcję, która przerodziła się w skrajnie prawicową polityczną awanturę? Cytując współczesnego barda: „Zobaczymy, czas pokaże”.   Cała rozmowa z nowymi twarzami krakowskiego referendum dostępna na profilu Kuriera Krakowskiego - TUTAJ.

Więcej…

Mocny zawodnik na ratunek referendum. To będzie polityczny game changer?

Mocny zawodnik na ratunek referendum. To będzie polityczny game changer?

04 lutego 2026 | 22:03

Gdy po podsumowaniu weekendu okazało się, że zbiórka podpisów referendalnych nie budzi większego zainteresowania Krakowian, a cała polityczna akcja może zakończyć się wizerunkową katastrofą dla wszystkich zaangażowanych polityków, pojawił się on. I z całym swym majestatem orzekł, że w referendum udział weźmie. Czy będzie to polityczny „game changer”? Andrzej Duda, Krakowianin z pochodzenia, po powrocie z 10-letniej emigracji do obecnej stolicy, gdzie piastował najważniejszy urząd w państwie, wyraźnie rozgląda się za nowym zajęciem. W poniedziałek udzielił mocnego wsparcia krakowskim politykom próbującym doprowadzić do referendum odwoławczego prezydenta Miszalskiego i krakowskich radnych. Duda jasno: podpiszę się Były prezydent RP był gościem Roberta Mazurka w Kanale Zero. Dziennikarz zapytał Dudę o to czy poprze polityczną inicjatywę odwołania Aleksandra Miszalskiego. - „Tak, oczywiście, bo uważam, że to był wybór pomyłka” – stwierdził były prezydent i dodał, że jest gotowy złożyć podpis pod wnioskiem referendalnym. Słowa te, choć padły w poniedziałek, odbiły się szerokim echem w Krakowie oraz stały podstawą do snucia najróżniejszych teorii politycznych. Niewątpliwie też dodały politycznego tlenu podtrzymującego „przy życiu” inicjatywę, która dziś rozgrywa się głównie w internecie, wspierana przez farmę trolli z najróżniejszych zakątków Polski i hejterskie wideo o minimalnych zasięgach.  Jak wynika z informacji zebranych przez Monikę Waluś z krakowskiej redakcji Onetu, to ludzie związani z Andrzejem Dudą nakłonili prezesa PiS do wsparcia przez to ugrupowanie pomysłu referendum, które początkowo zapowiadane było jako „apolityczne” i organizowane przez „mieszkańców”, a dziś kojarzone jest już niemal wyłącznie z prawicowymi partiami, które chętnie zaangażowały się w kolejną polityczną awanturę pod Wawelem.  Prezydent znów prezydentem?  I choć wydaje się logiczny ruch PiS-u, który nie mógł przegapić awantury firmowanej przez prawicowych radykałów i musiał zaangażować się w „walkę z prezydentem z Platformy” by kontynuować fundamentalny polityczny spór, w kuluarach coraz częściej mówi się o sensacyjnym scenariuszu. Mianowicie, gdyby ku zaskoczeniu wszystkich, komitetowi referendalnemu – przy silnym zaangażowaniu Prawa i Sprawiedliwości -  udało się zebrać wystarczającą liczbę ważnych podpisów i doprowadzić do rozpisania referendum, jedną z jego twarzy, a w przyszłości być może i  „czarnych koni”, miałby być… nadal bardzo popularny były prezydent Andrzej Duda. I choć sam zainteresowany zaprzecza w mediach, że taki scenariusz jest brany pod uwagę, Krakowianie słyszeli już nie takie dementi, które po czasie okazywały się polityczną rozgrywką. Czy więc w tej politycznej grze czeka nas „game changer” w postaci Andrzeja Dudy zmierzającego do Pałacu Wielopolskich na fali pieniędzy krakowskich oligarchów sponsorujących „obywatelskie” referendum? Dowiemy się najwcześniej w kwietniu, gdy komisarz wyborczy ogłosi, czy tym razem udało się zebrać politykom wystarczającą liczbę podpisów Krakowian, by odpalić kolejny etap igrzysk pod Wawelem.

Więcej…

Administratorem danych z referendum organizacja z Warszawy? Wielka wpadka ze strony komitetu

Administratorem danych z referendum organizacja z Warszawy? Wielka wpadka ze strony komitetu

03 lutego 2026 | 20:27

Przez tydzień komitet referendalny informował na swojej stronie, że wrażliwymi danymi osobowymi Krakowian, którzy złożyli podpisy pod wnioskiem o referendum (w tym adresami i numerami PESEL), administruje organizacja z Warszawy. Zmiany danych dokonano dopiero po zainteresowaniu się tematem przez Kanał Krakowski.  Tak spektakularnej wpadki nikt nie spodziewał się po formalnym komitecie referendalnym, w którego składzie znaleźć można kilku prawników. Choć na oficjalnej stronie referendum czytamy, że „Twoje dane są bezpieczne”, „Bezpieczeństwo i prywatność to nasz priorytet” oraz „Działamy zgodnie z RODO i najwyższymi standardami ochrony danych osobowych” to wystarczyło wczytać się w politykę prywatności dla osób składających podpisy, by dowiedzieć się, że administratorem ich danych była… organizacja z Warszawy! Nietypowa sytuacja kładzie cień nie tylko na wiarygodność organizatorów, nasuwa również pytania o bezpieczeństwo przechowywania danych podawanych podczas zbiórki podpisów. Ukryta i skopiowana polityka prywatności? Na nietypowego warszawskiego administratora danych, którego nazwa widniała przez tydzień na oficjalnej stronie organizatorów referendum, zwrócił uwagę nasz zaniepokojony czytelnik. Co istotne, wprowadzające w błąd dane podmiotu z Warszawy były zamieszczone dopiero na podstronie „Polityka prywatności i plików cookies” i nie były widoczne domyślnie, z poziomu głównej strony, skąd można bezpośrednio pobrać karty referendalne. Jako administrator danych do dzisiaj wskazywano Krajową Radę Notarialną z siedzibą w Warszawie i ze stołecznym adresem. - Prawdopodobnie Komitet "pracował" na skopiowanej z naszej strony polityce prywatności i nie zmienił danych - przekazała w odpowiedzi na nasze pytanie Anna Sado z Krajowej Rady Notarialnej. - Dzięki Pana interwencji sprawa została wyjaśniona, a strona Komitetu zaktualizowana – dodała specjalistka ds. komunikacji z warszawskiej organizacji. Przez tydzień taka informacja widniała na oficjalnej stronie krakowskiego referendum. Kim jest administrator danych osobowych? Zgodnie z RODO, administrator to osoba fizyczna lub prawna, organ publiczny, jednostka lub inny podmiot, który decyduje m.in. o tym jak są przetwarzane dane osobowe, do kogo trafią i jak długo będą przechowywane, a także kto będzie miał do nich dostęp. Te aspekty są szczególnie ważne przy masowych zbiórkach podpisów na ulicy, dokonywanych często przez anonimowe dla nas osoby. W końcu to opłacanym przez nieznane podmioty wolontariuszom Krakowianie powierzają swoje dane w tym adres i numer PESEL. W związku z tym mieszkańcy, którzy chcą wziąć udział w politycznym happeningu i złożyć swój podpis, powinni otrzymywać spójną i jednolitą informację dotycząca podmiotów uprawnionych do przekazywania i przechowywania ich danych osobowych. Tego zabrakło już w pierwszym tygodniu referendalnej zbiórki. Przez 10 lat przesłuchiwali podpisanych na kartach referendalnych Przypomnijmy, że to nie pierwsze kontrowersje związane z danymi osób, które podpisały się pod wnioskiem referendalnym. Ponad 10 lat temu część podpisów i danych złożonych przez Łukasza Gibałę  ws. referendum o odwołanie ówczesnego prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego okazała się… sfałszowana. O sprawie pisaliśmy TUTAJ. Po 10 latach śledztwa i przesłuchaniu kilkuset osób, których dane widniały na kartach, prokuratura umorzyła w październiku zeszłego roku postępowanie w tej sprawie uznając, że „społeczna szkodliwość czynu jest znikoma”. Komisarz wyborczy odwołał się od decyzji prokuratury, a sprawa może zostać wznowiona.  

Więcej…

Ujawniamy plan Koalicji na wypadek odwołania Miszalskiego! To ONA może go zastąpić

Ujawniamy plan Koalicji na wypadek odwołania Miszalskiego! To ONA może go zastąpić

30 stycznia 2026 | 07:11

W kuluarach krakowskiej polityki krąży już konkretny plan awaryjny Koalicji Obywatelskiej na wypadek skutecznego referendum i odwołania Aleksandra Miszalskiego. Nie jest to luźna spekulacja, lecz jeden z najpoważniej rozważanych scenariuszy, omawiany na poziomie krajowym. Jeśli referendum doszłoby do skutku i zakończyło się odwołaniem prezydenta Krakowa, decyzja o powołaniu komisarza należy do premiera. Według naszych informacji Donald Tusk miałby wskazać Monikę Piątkowską, która obecnie jest senatorem. Komisarz z Krakowa, a nie z teczki Piątkowska nie jest postacią przypadkową. Zna Kraków, pracowała w magistracie i doskonale orientuje się w mechanizmach funkcjonowania miasta. To argument, który w sytuacji kryzysowej ma kluczowe znaczenie – komisarz nie musiałby uczyć się Krakowa od zera. Monika Piątkowska w Senacie / fot. monikapiatkowska.pl Równie istotne są jednak polityczne okoliczności. Senator Piątkowska ma duże ambicje, od lat buduje swoją pozycję i – co nie jest tajemnicą – cieszy się sympatią Donalda Tuska. Właśnie dlatego jej nazwisko pojawia się w tym scenariuszu jako pierwsze. Rezygnacja z Senatu w zamian za realną władzę Zgodnie z tym planem Piątkowska musiałaby zrezygnować z mandatu senatora i zgodzić się na objęcie funkcji komisarza Krakowa. To nie byłby gest bezinteresowny ani tymczasowy. W zamian miałaby otrzymać polityczną inwestycję o wysokiej stawce: status kandydatki Koalicji w przyspieszonych, jesiennych wyborach na prezydenta Krakowa. Startując z pozycji urzędującego komisarza, byłaby naturalną faworytką takiego wyścigu. To klasyczny mechanizm znany z polityki: najpierw władza wykonawcza, potem demokratyczna legitymizacja. Plan B jest gotowy Ale co w przypadku, gdyby scenariusz wyborczy nie zakończył się sukcesem? Jeśli Piątkowska przegrałaby wybory prezydenckie, nie oznaczałoby to jej politycznej porażki. W takim wariancie miałaby otrzymać pierwsze miejsce na liście do Sejmu w kolejnych wyborach parlamentarnych. Innymi słowy: ryzyko jest ograniczone, a każdy wariant prowadzi do dalszej kariery. Monika Piątkowska / fot. monikapiatkowska.pl Co więcej, na dziś – gdyby nie referendum – to właśnie Sejm był jej głównym politycznym celem. Scenariusz krakowski jedynie modyfikuje drogę dojścia, nie zmieniając tego celu. Polityka wyprzedzająca fakty Czy tak się stanie? Tego nikt dziś nie przesądza. Ale jedno jest pewne: Koalicja ma gotowy plan na wypadek odwołania Miszalskiego i nie improwizuje. Układanka jest przemyślana, wielowariantowa i – co najważniejsze – na dziś najbardziej realna. Donald Tusk / fot.KPRM Kim jest Piątkowska? Ma 51 lat. Skończyła prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz studia podyplomowe z zakresu zarządzania i marketingu. W latach 2003–2012 zajmowała stanowisko dyrektorki Wydziału Strategii i Rozwoju Miasta w krakowskim magistracie, gdzie współtworzyła m.in. strategię rozwoju Krakowa oraz wieloletni plan inwestycyjny. Od 2009 odpowiadała za promocję Krakowa jako pełnomocniczka prezydenta ds. marki miasta. Monika Piątkowska / fot. monikapiatkowska.pl W 2012 rozpoczęła pracę w Ministerstwie Gospodarki, była dyrektorką departamentu komunikacji społecznej i rzeczniczką ministra. W kolejnych latach była związana z Polską Agencją Informacji i Inwestycji Zagranicznych, gdzie koordynowała działania promocyjne oraz Program Promocji Gospodarczej Polski Wschodniej. Później objęła stanowisko prezesa Izby Zbożowo-Paszowej, które zajmowała do 2025. W wyborach uzupełniających została wybrana (w miejsce Bogdana Klicha) do Senatu jako kandydatka Koalicji Obywatelskiej. Następnie wstąpiła do partii. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Nie podawaj numeru PESEL byle komu. Miasto rusza z akcją przeciw oszustwom

Nie podawaj numeru PESEL byle komu. Miasto rusza z akcją przeciw oszustwom

29 stycznia 2026 | 17:09

Telefony „z banku”, SMS-y o zablokowanym koncie czy dramatyczne historie o wypadku bliskiej osoby – to dziś najczęstsze metody oszustów. Urząd Miasta Krakowa rozpoczyna akcję informacyjną, której główny przekaz jest prosty: PESEL to nie jest zwykły numer i nie wolno podawać go nieznanym osobom. Coraz mniej przestępstw zaczyna się od kradzieży portfela, a coraz więcej od telefonu lub wiadomości. Oszuści podszywają się pod pracowników banków, urzędów, policji czy nawet członków rodziny. Działają szybko, wywierają presję i straszą utratą pieniędzy. Szczególnie często ich ofiarami padają seniorzy. Dlatego Urząd Miasta Krakowa rusza z akcją informacyjną, której celem jest uświadamianie mieszkańców, jak chronić swoje dane osobowe – przede wszystkim numer PESEL. Kampania ma przypominać, że żadna instytucja publiczna ani bank nie proszą telefonicznie o PESEL, numer dowodu, hasła czy kody SMS. Jeśli rozmówca naciska i każe działać „natychmiast”, to pierwszy sygnał ostrzegawczy. PESEL w niepowołanych rękach to realne zagrożenie Numer PESEL stał się dziś kluczem do wielu spraw finansowych i urzędowych. W rękach przestępców może posłużyć do zaciągnięcia pożyczki, otwarcia konta bankowego czy podpisania umowy na cudze nazwisko. Skutki takiego oszustwa mogą ciągnąć się latami. Miasto zachęca mieszkańców do korzystania z możliwości zastrzeżenia numeru PESEL w państwowym rejestrze. Po zastrzeżeniu banki, operatorzy telefoniczni, notariusze czy ubezpieczyciele mają obowiązek odmówić wykonania czynności, które mogłyby narazić właściciela danych na straty. Zastrzeżenie można zrobić w aplikacji mObywatel, na stronie gov.pl lub osobiście w urzędzie – i w każdej chwili je cofnąć, jeśli zajdzie taka potrzeba. źródło: UMK Zgubiony dowód? Reaguj natychmiast Szczególnie niebezpieczna jest utrata dowodu osobistego. Jego zgubienie lub kradzież należy zgłosić jak najszybciej. Dokument zostaje wtedy unieważniony, a numer PESEL automatycznie zastrzeżony, co znacząco ogranicza ryzyko jego wykorzystania przez osoby trzecie. Zgłoszenia można dokonać przez internet, w urzędzie, a w przypadku kradzieży – także na policji. Warto również poinformować swój bank. Telefon i internet – główne narzędzia oszustów Podejrzane SMS-y z linkami do „dopłaty”, „nagrody” czy „blokady konta”, fałszywe e-maile i telefony z nieznanych numerów to dziś codzienność. Zasada bezpieczeństwa jest jedna: nigdy nie klikaj w linki z takich wiadomości i nie loguj się do banku ani urzędu przez link otrzymany SMS-em lub e-mailem. W razie wątpliwości najlepiej przerwać rozmowę i samodzielnie zadzwonić do instytucji, korzystając z oficjalnego numeru. Ostrożność także na co dzień Urząd Miasta przypomina również o podstawowych zasadach ochrony danych: nie publikuj w internecie zdjęć dokumentów ani kart płatniczych, nie podawaj głośno numeru PESEL w miejscach publicznych i niszcz stare dokumenty przed wyrzuceniem. Warto ograniczyć ilość informacji udostępnianych w mediach społecznościowych i włączyć dwuskładnikowe logowanie do kont internetowych. Rozmowa to najlepsza ochrona Najważniejszym elementem kampanii jest zachęcanie do rozmowy i rozwagi. Oszuści liczą na strach i pośpiech. Zanim przekażesz jakiekolwiek dane lub wykonasz przelew, skontaktuj się z kimś zaufanym – dzieckiem, wnukiem, sąsiadem. Lepiej zapytać jeden raz za dużo, niż stracić oszczędności życia. – Nie trzeba odbierać nieznanych telefonów, nie trzeba się spieszyć i zawsze ma się prawo odmówić – przypomina miasto. – Ostrożność to nie brak zaufania, to sposób na ochronę siebie i swoich pieniędzy. PESEL to wrażliwa dana. Nie podawaj go byle komu.

Więcej…

Referendum. Jeszcze nie zaczęli zbierać podpisów, a już się pokłócili

Referendum. Jeszcze nie zaczęli zbierać podpisów, a już się pokłócili

28 stycznia 2026 | 21:28

Są takie momenty w życiu miasta, kiedy człowiek siada wygodnie, robi sobie herbatkę i mówi: „No to oglądamy”. I właśnie w takim momencie jesteśmy. Referendum? Owszem. Wielkie hasła? Naturalnie. Walka o Kraków, demokrację, przyszłość i wszystko naraz? Jak najbardziej. A organizacja? No cóż… jeszcze dobrze nie zaczęli zbierać podpisów, a już się pokłócili. I to tak pięknie, po krakowsku, publicznie, z pretensjami i fochnymi wpisami. To jest naprawdę imponujące tempo. Niektórzy potrafią się poróżnić dopiero po pierwszej porażce. Inni po drugiej. A tu proszę: rozłam jeszcze przed rozgrzewką. Nawet nie zdążyli wyciągnąć długopisów, a już wyciągnięto argumenty ciężkiego kalibru: „nie konsultowali”, „zrobili komitet po cichu”, „nas pominięto”, „to nie tak miało wyglądać”. Czyli klasyka gatunku: „my wszyscy razem”, ale tylko do momentu, gdy ktoś założy koszulkę z napisem „komitet”. źródło: FB Najzabawniejsze jest to, że wszyscy deklaratywnie chcą tego samego. Jeden Kraków, jedno referendum, jeden wielki sprzeciw. A w praktyce? Każdy chce być generałem, nikt szeregowym. Każdy chce zbierać podpisy, ale najlepiej pod własnym szyldem. Każdy chce jedności, ale pod warunkiem, że to on rozdaje ulotki… to znaczy karty. I nagle okazuje się, że największym wrogiem referendum nie jest ani prezydent miasta, ani rada, ani przepisy, ani próg frekwencji. Największym wrogiem referendum są… jego zwolennicy. Ci sami, którzy jeszcze wczoraj krzyczeli o wspólnym froncie, dziś mierzą się spojrzeniem jak na zebraniach wspólnoty mieszkaniowej: „A kto cię upoważnił?” źródło: FB Rozłam? To nawet za małe słowo. To raczej krakowska wersja „każdy na swoim”. Zamiast jednej drużyny – kilka podwórek. Zamiast planu – obraza uczuć. Zamiast marszu – przeciąganie liny… tylko że każdy ciągnie w inną stronę. I tu nie chodzi nawet o to, kto ma rację. Chodzi o to, że jeśli tak wygląda start, to jak ma wyglądać meta? Skoro już na etapie „kto jest w komitecie” lecą iskry, to strach pomyśleć, co będzie przy podziale zadań, pieniędzy, mediów i odpowiedzialności. Ale może o to właśnie chodzi. Może to nie miała być poważna próba referendum, tylko kolejny krakowski spektakl pod tytułem: „Zjednoczeni, dopóki nie trzeba się dogadać”. Publiczność jest, popcorn też, a aktorzy jak zawsze – bardzo ambitni, tylko scenariusz im się rozjechał. I to jeszcze zanim zaczęli zbierać podpisy. A o szczegółach rozłamu pisze Głos24.pl: Rozłam wśród zwolenników referendum? Hareńczyk: "To źle rokuje"

Więcej…

Polityk skrajnej prawicy potwierdza, że przeciwnicy SCT są wykorzystywani politycznie

Polityk skrajnej prawicy potwierdza, że przeciwnicy SCT są wykorzystywani politycznie

28 stycznia 2026 | 07:38

Stało się. To, o czym nieoficjalnie pisaliśmy od dawna, właśnie zostało oficjalnie potwierdzone. Protesty przeciwko Strefie Czystego Transportu, sprzedawane jako „oddolny ruch obywatelski”, są w rzeczywistości projektem politycznym. I to nie byle jakim. Potwierdził to publicznie Piotr Bartosz, jeden z liderów krakowskiej skrajnej prawicy. W niedzielę napisaliśmy wprost, że skrajna prawica łowi frajerów „na SCT”. Że pod hasłami „wolności” i „walki z zakazami” zbierane są wasze dane osobowe. I że to nie ma nic wspólnego z żadnym ruchem społecznym. Wystarczy wejść na stronę stopsct.pl. Czytamy tam, że „POLACY żądają ZNIESIENIA Strefy Czystego Transportu”. Padają wielkie słowa, narodowe emocje, dużo wykrzykników. A na końcu: formularz. Imię. Nazwisko. Adres e-mail. Ani słowa o tym, kto te dane zbiera. Dopiero po przeklikaniu się do „polityki prywatności” dowiadujemy się, że administratorem danych jest… Ruch Narodowy. Czyli nie „obywatele”, nie „mieszkańcy”, nie „inicjatywa oddolna”, tylko konkretna partia polityczna skrajnej prawicy. W niedzielę pisaliśmy jasno: Zastanówcie się chwilę. Do czego takie dane mogą być wykorzystane? do kampanii wyborczej, do profilowania poglądów, do politycznego targetowania, do budowania baz sympatyków, którzy nawet nie wiedzą, że właśnie się zapisali. I komu te dane oddajecie? Bo nie ruchowi społecznemu, tylko organizacji partyjnej, która SCT traktuje nie jako problem transportowy czy zdrowotny, ale jako paliwo ideologiczne. Na oficjalne potwierdzenie nie trzeba było długo czekać. Chwilę po publikacji naszego posta na Facebooku odezwał się sam Piotr Bartosz, polityk skrajnej prawicy. Czy dziś jest z Konfederacji, czy z Ruchu Narodowego, czy może z jeszcze innego odłamu tej samej ideologicznej rodziny – szczerze mówiąc, trudno nadążyć. W wyborach startował jako konfederata, dziś podpisuje się jako działacz Ruchu Narodowego. Tyle tam rozłamów, transferów i frakcji, że nawet oni chyba nie wiedzą, kto jest czyim kolegą, a kto wrogiem do wczoraj. Ale jedno wiedzą doskonale: do czego służą dane. I Bartosz napisał to wprost, czarno na białym, w komentarzu pod naszym postem: Po co nam dane przeciwników SCT? Żeby zebrać podpisy pod referendum i wywalić prezydenta Miszalskiego i jego kolesi w miejskich spółkach z premiami na zbity pysk. Czyli sprawa jest jasna. Podpisujecie się przeciwko SCT, a skrajna prawica wykorzystuje wasze dane do walki politycznej. Do własnej gry. Dziękujemy za szczerość. Naprawdę. Rzadko zdarza się, żeby ktoś tak otwarcie przyznał: tak, to jest polityka i tak, użyjemy waszych danych. Maski opadły. Nie ma już „obywatelskiego sprzeciwu”, nie ma „oddolnego ruchu”, nie ma „zwykłych kierowców”. Jest skrajna prawica, jest zbieranie danych i jest jawne przyznanie się do politycznego celu. Każdy, kto dziś jeszcze udaje, że protesty przeciwko SCT są „apolityczne”, albo nie chce widzieć, albo już oddał swoje dane tym, którzy dokładnie wiedzą, jak je wykorzystać. A Wy, następnym razem, zanim klikniecie „popieram”, sprawdźcie nie tylko hasło na banerze, ale kto trzyma listę z Waszym nazwiskiem.

Więcej…

Kryminalista chciał wejść na spotkanie dziennikarzy z prezydentem!

Kryminalista chciał wejść na spotkanie dziennikarzy z prezydentem!

27 stycznia 2026 | 18:41

Znany krakowski kryminalista Mateusz Jaśko oraz jego nieodłączny „funfel” Tomasz Borejza urządzili w sieci publiczną stypę po… własnym ego. Powód? Nie zostali wpuszczeni na konferencję prasową prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego. Więc się spłakali niczym dzieci, którym zamknięto drzwi do sali zabaw, zapominając, że to nie plac zabaw, tylko briefing prasowy, a wstęp nie jest „dla każdego z opieką”. – Miszalski nie wpuszcza nieprzychylnych sobie mediów! – grzmiał Jaśko, uderzając w klawiaturę z dramaturgią godną teatru jednego aktora. Problem w tym, że ta narracja nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a cała akcja boleśnie obnażyła, kim panowie są naprawdę: internetowymi pieniaczykami żyjącymi z taniego storytellingu i konfliktu dla konfliktu. Bo oto fakty, których nie da się zakrzyczeć: Na briefingu obecnych było kilkunastu dziennikarzy z bardzo różnych redakcji.  Byli przedstawiciele Telewizji Republika i Telewizji wPolsce24 – mediów, które z sympatią do Platformy Obywatelskiej nie mają absolutnie nic wspólnego. Był Wojciech Mucha, jeden z najbardziej konsekwentnych i bezlitosnych krytyków Aleksandra Miszalskiego (a wcześniej Jacka Majchrowskiego). Była dziennikarka z portalu Jana Hoffmana – inicjatora referendum przeciwko władzom miasta. Był wreszcie red. Dawid Serafin, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest fanem obecnego prezydenta Krakowa. Lista jest długa, a przekrój poglądów szeroki. Trudno więc mówić o „blokowaniu nieprzychylnych mediów”, skoro hol prezydencki był pełen ludzi, którzy Miszalskiemu nie odpuszczają ani na centymetr. I teraz najlepsze. Na konferencję nie wpuszczono dokładnie dwóch osób. DWÓCH. Nie „mediów”. Nie „dziennikarzy krytycznych”. Tylko Mateusza Jaśki i Tomasza Borejzy. Jaśko to osoba prawomocnie skazana wyrokami sądowymi, znana szerzej nie z rzetelnej pracy dziennikarskiej, lecz z głośnych, mrocznych i wielokrotnie opisywanych medialnie historii ze świata przestępczego. Więcej o jego wyroku związanym ze sprawą zastraszania dziennikarza TVN i oferowaniu mu milionowej "łapówki" w zamian za odstąpienie od tematu, pisaliśmy tutaj: Oto najszybsza kariera w Polsce. Skazany radny dzielnicowy, którego zna cały kraj. Trudno się więc dziwić, że urzędnicy magistratu nie widzą potrzeby ani sensu prowadzenia „dialogu” z kimś o takim życiorysie. Mateusz Jaśko "płacze" po tym, jak nie został wpuszczony na konferencję prasową / źródło: FB Co jest nie tak z Krakowem Borejza? To internetowy aktywista, pieniaczyk i współtwórca hejterskiego „Rynku Krowoderskiego”. Kiedyś próbował uchodzić za dziennikarza, dziś sam chyba nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, kim właściwie jest: reporterem, pieniaczem czy tylko stałym bywalcem sekcji komentarzy. I tu dochodzimy do sedna, którego panowie najwyraźniej nie są w stanie pojąć: Briefing prasowy był dla dziennikarzy – nie dla kryminalistów ani internetowych awanturników. Na konferencji byli przedstawiciele mediów o bardzo różnych poglądach – także skrajnie krytycznych wobec Miszalskiego. Nikt nikomu nie zamyka ust – ale zanim zacznie się krzyczeć o „cenzurze”, wypadałoby najpierw udowodnić, że jest się dziennikarzem, a nie tylko głośnym użytkownikiem Facebooka. Krytyka władzy? Oczywiście. To fundament demokracji i mediów. Ale kiedy narracja zaczyna się od „nie wpuszczono mnie, bo jestem krytyczny”, a kończy na publicznym zawodzeniu w internecie, to bliżej temu do stand-upu napompowanego własnym ego niż do jakiejkolwiek rzetelnej publicystyki. Konferencje prasowe to nie open-mic, a magistrat to nie scena dla ludzi, którzy mylą dziennikarstwo z awanturą. I im szybciej panowie Jaśko i Borejza to zrozumieją, tym mniej będzie w Krakowie żenujących spektakli pod tytułem: „jak zrobić z siebie ofiarę, gdy fakty brutalnie nie pasują”.

Więcej…

Darmowa komunikacja miejska w SCT w Krakowie?!

Darmowa komunikacja miejska w SCT w Krakowie?!

26 stycznia 2026 | 19:32

– W obszarze Strefy Czystego Transportu miasto powinno zapewnić bezpłatną komunikację miejską – proponuje poseł PiS Łukasz Kmita. Brzmi dobrze. Nawet bardzo dobrze. Bo jeśli już ograniczamy wjazd samochodów, to uczciwie byłoby dać mieszkańcom realną, a nie tylko teoretyczną alternatywę. Do tego chóru dołącza także były premier Mateusz Morawiecki, który pisze niemal tym samym tonem: Myślę, że to uczciwa i sprawiedliwa propozycja, która znacząco zmniejsza dyskryminację ekonomiczną związaną z wprowadzeniem tych stref. Trudno się z tym zdaniem nie zgodzić. Bo dziś SCT to nie tylko kwestia ekologii, ale też portfela. A ten, jak wiadomo, nie wszystkim waży tyle samo. Warto jednak przypomnieć pewien kontekst, o którym w tych wypowiedziach mówi się ciszej. To właśnie rząd PiS, gdy premierem był Mateusz Morawiecki, wprowadził przepisy zobowiązujące miasta takie jak Kraków do tworzenia Stref Czystego Transportu. Ustawa została uchwalona w Warszawie, a jej praktyczne konsekwencje – jak zwykle – spadły na samorządy i mieszkańców. To lokalne władze muszą dziś tłumaczyć zasady, mierzyć się z protestami i szukać pieniędzy na rozwiązania łagodzące skutki tych decyzji. Dlatego propozycja darmowej komunikacji brzmi dziś jak spóźniona korekta do własnych ustaw. Najpierw obowiązek, potem refleksja, że może jednak warto było pomyśleć o ludziach, którzy na ekologiczne zmiany zwyczajnie nie są gotowi finansowo. Kraków znów znalazł się w sytuacji, w której musi gasić pożar wzniecony daleko od Rynku Głównego.

Więcej…

Skrajna prawica łowi frajerów "na SCT". I zbiera Wasze dane

Skrajna prawica łowi frajerów "na SCT". I zbiera Wasze dane

25 stycznia 2026 | 19:48

Maski opadają. I to z hukiem! Od miesięcy – raz po raz – przekonujemy się, że protesty przeciwko SCT nie są żadnym „oddolnym buntem kierowców”, żadnym spontanicznym zrywem obywatelskim w obronie starego diesla. To sprawa polityczna. Wielokrotnie o tym pisaliśmy. A teraz mamy kolejny, czarno na białym dowód. Powstała kolejna strona w stylu „Stop SCT”. Nazwa znajoma, narracja znajoma, hasła jak z kserówki: „wolność”, „zamach na kierowców”, „ekoterror”. Ale jest jeden drobiazg, który warto przeczytać małym druczkiem. Ta strona zbiera wasze dane. Imię. Nazwisko. Adres mailowy. Ot, niewinna „lista poparcia”. I teraz najlepsze. Administratorem tych danych jest… skrajna prawica. Ruch Narodowy. Ugrupowanie o charakterze radykalnie prawicowym, nacjonalistycznym, konserwatywnym, populistycznym, narodowo-katolickim i eurosceptycznym. źródło: stopsct.pl Tak, ten Ruch Narodowy. Nie „zatroskani mieszkańcy Krakowa”, nie „inicjatywa społeczna”, nie „obywatele z osiedla”. Partia polityczna o bardzo konkretnym profilu ideologicznym, która od lat marzy o politycznej mobilizacji gniewu, strachu i frustracji. Zastanówcie się chwilę. Do czego takie dane mogą być wykorzystane? Do kampanii. Do profilowania. Do politycznego targetowania. Do budowania baz sympatyków, którzy nawet nie wiedzą, że właśnie się zapisali. I komu te dane oddajecie? Bo nie „ruchowi społecznemu”, tylko organizacji partyjnej, która SCT traktuje nie jako problem transportowy czy zdrowotny, ale jako paliwo ideologiczne. Dlatego dziś mamy dwie kwestie, których nie da się już rozdzielić. Po pierwsze: protesty przeciwko SCT to projekt skrajnej prawicy, ubrany w kostium „obywatelskiego sprzeciwu”. Po drugie: uważajcie, komu przekazujecie swoje dane, bo ktos z Was czyta "politykę prywatności"?  Maski opadły. Teraz już nie ma wymówek. Kto jeszcze udaje, że „to nie jest polityczne”, ten albo nie chce widzieć, albo właśnie podał swoje imię, nazwisko i mail komuś, kto bardzo dobrze wie, jak to wykorzystać.

Więcej…

To już pewne! Łukasz Gibała prezydentem Krakowa!

To już pewne! Łukasz Gibała prezydentem Krakowa!

23 stycznia 2026 | 07:56

Gdyby wierzyć kolejnym sondażom, Łukasz Gibała co najmniej dwukrotnie byłby już prezydentem Krakowa. I to nie byle jakim, ale takim „zdecydowanym zwycięzcą”, „faworytem mieszkańców” oraz „jedyną realną alternatywą”. Zanim jednak do tego doszło, krakowianie – również według sondaży – odwołaliby Jacka Majchrowskiego w referendum (które zorganizowałby Gibała), a jeszcze wcześniej ten sam Gibała zostałby senatorem z okręgu krakowskiego. Historia alternatywna Krakowa, pisana wykresami i słupkami, jest więc wyjątkowo bogata. Kraków chce odwołać Miszalskiego? Miasto rozpaliła ostatnio informacja o kolejnym badaniu opinii publicznej, przeprowadzonym na zlecenie środowiska Łukasza Gibały. Z sondażu wynikało, że w Krakowie odbędzie się referendum, w którym większość respondentów zagłosuje za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego. Więcej o tym piszemy tutaj: Miszalski już spakowany! Taczki gotowe, a Gibała odzyskał sens życia Nagłówki zrobiły swoje: „Krakowianie chcą referendum!”, „Miszalski już spakowany!”, „Miasto rozczarowane po kilku miesiącach?”. Tyle że – jak to zwykle bywa – diabeł tkwił w szczegółach: pytaniach warunkowych, deklaracjach bez konsekwencji i klasycznym „sondażowym gdyby”. Ale przekaz poszedł w świat. A skoro poszedł w świat, to znaczy, że… rzeczywistość właśnie się zmienia. Gibała i sondaże. Historia miłości Łukasz Gibała sondaże lubi. Ba, on je wręcz uwielbia. Komentuje je chętnie, z widocznym entuzjazmem, często z pełnym przekonaniem, że nie opisują one żadnej alternatywnej rzeczywistości, tylko tę jedyną, prawdziwą. Można wręcz odnieść wrażenie, że w politycznym świecie Gibały sondaż nie jest narzędziem pomocniczym, lecz dowodem ostatecznym. Jeśli coś da się pokazać na wykresie – to istnieje. Jeśli nie da się wrzucić do Excela – to najwyraźniej nie ma znaczenia. A jeśli kilkunastu wyjątkowo opłacanych aktywnych internetowych trolli krzyczy w komentarzach, że „miasto ma dość” – to znaczy, że tak właśnie wygląda realne życie. Gdyby to była prawda… Gdyby sondażowa rzeczywistość była tą prawdziwą, to już dawno temu: 1. Łukasz Gibała byłby senatorem z okręgu nr 33 – bo przecież „miał świetne notowania”. źródło: Onet 2. Krakowianie odwołaliby Jacka Majchrowskiego, a jego miejsce w magistracie zająłby oczywiście Gibała – jako naturalny następca, jedyny słuszny wybór. źródło: Gazeta Krakowska źródło: Onet źródło: Gazeta Wyborcza 3. Gibała ponownie zasiadłby w fotelu prezydenta Krakowa, tym razem bez większych problemów, zdecydowanie pokonując Aleksandra Miszalskiego. źródło: gibala.pl źródło: Lovekraków źródło: Lovekraków Tyle teoria. Tyle wykresy. Tyle słupki. A w prawdziwym świecie? W tym prawdziwym świecie – tym bez filtrów, emocjonalnych komentarzy i sondażowych skrótów myślowych – wszystko wyglądało jednak trochę mniej spektakularnie. Senatorem został ktoś inny. Jacek Majchrowski nie został odwołany. A Łukasz Gibała trzykrotnie startował w wyborach na prezydenta Krakowa i – mimo że w sondażach wygrywał co najmniej dwa razy – ani razu realnie tych wyborów nie wygrał. Może więc problem nie leży w wyborcach. Może nie leży w „systemie”. Może nie leży w „nieuczciwych mediach”. Może po prostu sondaże to nie wybory, Excel to nie polityka, a komentarze w internecie to nadal nie jest Kraków. Ale spokojnie. Kolejny sondaż już pewnie powstaje. ZOBACZ TAKŻE: To ON stoi na czele protestów przeciwko SCT. W towarzystwie kryminalisty

Więcej…

Strona 7 z 11

  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11

Na fali

  • Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do tajnego sondażu, a w nim... sensacja!

    Wydarzenia

    Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do...

    Informacja
    18 czerwca 2026
  • Polityczne samobójstwo czy brutalny sabotaż? Zastępca Miszalskiego odpalił protokół zniszczenia

    Opinie

    Polityczne samobójstwo czy brutalny...

    Informacja
    15 czerwca 2026
  • Znamy plan Gibały: nie wystartuje, zagra o pełną stawkę [UJAWNIAMY KULISY]

    Wydarzenia

    Znamy plan Gibały: nie wystartuje,...

    Informacja
    15 czerwca 2026

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.