Logo Kanał Krakowski
  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale

Obserwuj nas na:

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Reklama - duża
  1. Strona główna

Fala faktów

SCT. "Auto spełniające normy kosztuje dwa tysiące złotych"

SCT. "Auto spełniające normy kosztuje dwa tysiące złotych"

12 stycznia 2026 | 19:23

– Często słyszymy argument, że SCT wyklucza osoby mniej zamożne. Tymczasem samochody benzynowe spełniające normę Euro 4 mogą mieć nawet 20 lat i kosztują około 2 tysięcy złotych. To równowartość kilkunastu biletów miesięcznych komunikacji miejskiej – twierdzi Filip Jermakowski z Polskiego Alarmu Smogowego. Uważa, że po wprowadzeniu Strefy Czystego Transportu w Krakowie, miasto powinno postawić na komunikację zbiorową. – Kluczowy jest rozwój transportu publicznego. Miasto jest gęstą tkanką i musi być wydajne. Transport zbiorowy wymaga dalszych inwestycji i myślenia długofalowego – mówił na antenie Radia Kraków. Obecnie ponad 620 tysięcy mieszkańców Krakowa, czyli około 77% populacji miasta, żyje na obszarach z przekroczeniami nowych norm dla dwutlenku azotu (NO₂) – tak wynika z najnowszych analiz Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Głównym źródłem zanieczyszczenia jest ruch samochodowy. W 2024 roku na stacji przy Alejach Trzech Wieszczów przez 100 dni odnotowano stężenia NO₂ powyżej nowej normy dziennej. Obszar przekroczeń pokrywa się ze Strefą Czystego Transportu, która – według GIOŚ – może istotnie ograniczyć zanieczyszczenie i poprawić zdrowie mieszkańców. – Dwutlenek azotu jest gazem bardzo szkodliwym, co potwierdzają liczne badania: polskie i zagraniczne. Dobrym przykładem jest badanie opublikowane dwa lata temu, obejmujące ponad 105 tysięcy zgłoszeń do placówek ochrony zdrowia na Śląsku. Przy podwyższonych stężeniach NO₂ odnotowano wyraźny wzrost hospitalizacji oraz problemów zdrowotnych, m.in. związanych z układem krążenia, udarami czy migotaniem przedsionków – mówił Jermakowski. – Mamy też krakowską grupę badaczy z Uniwersytetu Jagiellońskiego, która zajmuje się tzw. neurosmogiem, czyli wpływem zanieczyszczeń - w tym dwutlenku azotu - na zdolności poznawcze dzieci. Wyniki są jednoznaczne: NO₂ obniża zdolności kognitywne, uczenie się i przyswajanie wiedzy – stwierdził członek Polskiego Alarmu Smogowego. Całą rozmowę posłuchacie i przeczytacie tutaj: Spór o strefę czystego transportu: 620 tys. Krakowian oddycha powietrzem z przekroczonym dwutlenkiem azotu źródło: Radio Kraków

Więcej…

Była kurator oświaty z PiS chce wywieźć na taczkach prezydenta Krakowa

Była kurator oświaty z PiS chce wywieźć na taczkach prezydenta Krakowa

12 stycznia 2026 | 12:22

– Taczki dla Miszalskiego – twierdzi była małopolska kurator oświaty Barbara Nowak. Działaczka Prawa i Sprawiedliwości zamieściła w sowich mediach społecznościowych osobliwy wpis, odnosząc się do jednego z najbardziej dyskutowanych tematów ostatnich tygodni. Oświadczam, jako radna Sejmiku Małopolskiego, że mieszkańcy Krakowa i całej Małopolski mogą liczyć na współdziałanie z radnymi klubu Prawa i Sprawiedliwości w sprawie likwidacji segregacji i dyskryminacji Polaków w ramach „strefy czystego transportu – napisała. Swój wpis opatrzyła wymownym hashtagiem #taczkidlamiszalskiego. Oświadczenie Barbary Nowak odnosi się bezpośrednio do działań podejmowanych w Krakowie przez prezydenta miasta i pokazuje, jak silne emocje towarzyszą dyskusji o SCT. To temat, który dzieli mieszkańców, samorządowców i polityków. Chyba jedyną osobą, która nie ma zdania w kwestii SCT jest wielokrotny kandydat na prezydenta Krakowa, Łukasz Gibała. ZOBACZ TAKŻE: Łukasz Gibała nie ma zdania. I to jest jego jedyny pogląd

Więcej…

Łukasz Gibała nie ma zdania. I to jest jego jedyny pogląd

Łukasz Gibała nie ma zdania. I to jest jego jedyny pogląd

12 stycznia 2026 | 09:50

Nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż polityk, który chce władzy, ale panicznie boi się własnego zdania. Łukasz Gibała od lat ustawia się w blokach startowych do fotela prezydenta Krakowa, ale gdy pada sygnał „teraz”, konsekwentnie udaje, że go nie słyszy. Bo zdanie to odpowiedzialność. A odpowiedzialność to ryzyko. A ryzyka w polityce Gibały nie ma - jest za to wygodne milczenie, wstrzymywanie się i komunikaty w stylu „nie widzimy potrzeby”. I właśnie dlatego to nie jest tekst o poglądach. To jest tekst o pustce. Łukasz Gibała nie ma zdania. I to nie jest metafora. To jest opis stanu faktycznego. Człowiek, który trzykrotnie kandydował na prezydenta Krakowa, szefuje klubowi radnych o dumnie brzmiącej nazwie Kraków dla Mieszkańców, a jednocześnie zdaje się cierpieć na chroniczną chorobę prezydenckiego fotela – im bliżej władzy, tym większy paraliż kręgosłupa. Zwłaszcza kręgosłupa poglądów. Bo żeby mieć zdanie, trzeba je najpierw posiadać. A tego u Gibały nikt nie widział, nikt nie słyszał… Z klubu Gibały odeszła radna Aleksandra Owca. W normalnym świecie szef zabiera głos: wyjaśnia, komentuje, bierze odpowiedzialność. Tymczasem w świecie Gibały obowiązuje doktryna absolutnej ciszy, godna klasztoru kartuzów. Biuro prasowe klubu wydaje komunikat, który przejdzie do annałów politycznego nihilizmu: Nie widzimy potrzeby, żeby komentować odejście Aleksandry Owcy z klubu Kraków dla Mieszkańców – takiej wypowiedzi udzieliło biuro prasowe Gibały portalowi Lovekraków.pl. Nie widzimy potrzeby. Wspaniale. A mieszkańcy widzą potrzebę wiedzieć, co się, do cholery, dzieje w klubie, który rzekomo jest „dla nich”. Ale cóż, brak potrzeby komentowania to dziś synonim braku odwagi. ZOBACZ TAKŻE: Owca odchodzi od Gibały. A to dopiero początek rozpadu Inny przykład? Proszę bardzo: Strefa Czystego Transportu. Jedna z kluczowych decyzji dla zdrowia, jakości życia i przyszłości Krakowa. Temat, który dzieli miasto, wymaga stanowiska, argumentów, odpowiedzialności. Radni KO i Lewicy zagłosowani za. Radni PiS byli przeciw. A co robi Gibała ze swoimi radnymi? Nie są za. Nie są przeciw. Są… wstrzymani. Polityczny odpowiednik wzruszenia ramionami. Głosowanie w stylu: „nie wiemy, ale się domyślamy, że cokolwiek powiemy, ktoś się obrazi”. Więc najlepiej nic nie mówić. Najlepiej nie decydować. Najlepiej przeczekać. Radni KdM nie mają zdania I tu dochodzimy do sedna. Jeśli ktoś nie potrafi się określić w tak fundamentalnej sprawie jak SCT, to o czym my w ogóle rozmawiamy? O wizji miasta? O przywództwie? O odpowiedzialności? Nie bądźmy śmieszni. To jest polityka oparta na zasadzie starej jak świat: jak się jest głupim, to lepiej się nie odzywać, bo jeszcze ktoś się zorientuje. Tyle że w samorządzie ta zasada nie działa. Tu milczenie nie jest złotem. Milczenie jest tchórzostwem. Milczenie jest pustką. Milczenie jest dowodem, że cała ta opowieść o „Krakowie dla Mieszkańców” kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się ryzyko utraty kilku punktów procentowych w sondażach. Łukasz Gibała nie ma zdania. Nie dlatego, że świat jest skomplikowany. Tylko dlatego, że posiadanie zdania wymaga odwagi. ZOBACZ TAKŻE: Referendum frustratów. Jak przegrani chcą unieważnić wybory w Krakowie

Więcej…

Czy w Krakowie powstaną CZTERY nowoczesne stadiony piłkarskie?!

Czy w Krakowie powstaną CZTERY nowoczesne stadiony piłkarskie?!

08 stycznia 2026 | 13:08

Cztery stadiony. Cztery kluby. I jedno pytanie, które w Krakowie coraz trudniej zbyć milczeniem: czy miasto powinno nadal budować piłkarskie świątynie dla prywatnych właścicieli?  Gdy ambicje klubów rosną szybciej niż ich infrastruktura, stadion przestaje być sportowym luksusem, a zaczyna być testem zdrowego rozsądku. Analiza portalu Stadiony.net sugeruje, że do 2030 roku Kraków może stanąć przed wizją czterech nowoczesnych obiektów. KRAKÓW 2030: Cztery stadiony dla czterech klubów? – takie pytani stawia portal Stadiony.net. Według analizy dziennikarzy, bardzo prawdopodobne jest, że za cztery lata w Krakowie będą cztery nowoczesne stadiony piłkarskie. Kraków nie porzucił koncepcji budowy nowego stadionu dla Hutnika, jednak inwestycja napotkała poważne bariery formalno-prawne i nie znalazła się w projekcie budżetu miasta na 2026 rok. Korekta i realizacja planów zostały przesunięte na lata 2026–2029. Czy Stadion Henryka Reymana pozostanie w niezmienionym kształcie? Właściciel Wisły Kraków, Jarosław Królewski, uważa, że obiekt przy ul. Reymonta powinien zostać wyburzony. Na razie jednak klub skupia się na bardziej realnym planie – przejęciu stadionu w zarządzanie. Również prezes Cracovii Mateusz Dróżdż przyznał, że obecny stadion ogranicza rozwój klubu. Teren, na którym znajduje się obiekt, jest jednak problematyczny. Trybuny mają różną wysokość, by nie zasłaniać panoramy zamku królewskiego na Wawelu. Czy Wieczysta potrzebuje większego stadionu? Na rundę wiosenną drużyna przeniesie się z Sosnowca na stadion miejski w Krakowie. Jednak w dłuższej perspektywie Wieczysta z pewnością skorzystałaby z mniejszego stadionu na własność. Hutnik, Wisła, Cracovia i Wieczysta mają swoje potrzeby, ambicje i ograniczenia. Każdy klub chce rosnąć, każdy potrzebuje stadionu „na miarę”, a miasto staje się naturalnym adresatem tych oczekiwań. Pytanie nie brzmi jednak, czy Kraków kocha piłkę nożną. Pytanie brzmi, gdzie kończy się publiczny interes, a zaczyna finansowanie prywatnych marzeń. Cztery stadiony mogą być symbolem sportowej potęgi miasta. Albo kolejnym dowodem, że granica między dobrem wspólnym a klubowym interesem wciąż pozostaje w Krakowie niebezpiecznie rozmyta. źródło: Stadiony.net ZOBACZ TAKŻE: Stadion Wisły do rozbiórki. W jego miejsce powstanie jeszcze większy obiekt? [WIZUALIZACJA]

Więcej…

W Krakowie odbędzie się ogólnopolski protest przeciwko SCT

W Krakowie odbędzie się ogólnopolski protest przeciwko SCT

07 stycznia 2026 | 09:46

Na sobotę, 10 stycznia, zaplanowano ogólnopolski protest przeciwko Strefie Czystego Transportu. Wydarzenie odbędzie się w Krakowie, przed siedzibą Zarządu Dróg Miasta Krakowa przy ul. Centralnej 53. "Dość milczenia  Dość wyrzucania naszych postulatów do kosza (w tym dziesiątki tysięcy petycji i opinii złożonych w konsultacjach). Dość lekceważenia samorządów, które również protestowały (8 dzielnic Krakowa, 13 gmin z Małopolski - ich zdania w ogóle nie wzięto pod uwagę). Dość aroganckiej polityki wymierzonej w społeczeństwo" - piszą organizatorzy protestu. Dodają, że SCT to nie ekologia. "To ideologia, która uderza w naszą wolność i prawo własności. Te strefy uderzają w najsłabszych: seniorów, rodziny i osoby mniej zamożne. Nie pozwólmy na wykluczenie komunikacyjne i przymusowe opłaty!". Na ten moment udział w wydarzeniu na Facebooku potwierdziło blisko pięć tysięcy osób.  

Więcej…

Za kradzież znaków zapłacimy wszyscy. "To jest narażanie obywateli na koszty"

Za kradzież znaków zapłacimy wszyscy. "To jest narażanie obywateli na koszty"

06 stycznia 2026 | 20:15

– Na początku to jest taki rodzaj happeningu, obywatele mówią: hej, nam się to nie podoba i zrobimy władzy psikusa. Ale w momencie, kiedy następuje kradzież mienia publicznego, to już nie jest akcja happenerska. To jest kradzież, za którą płacimy wszyscy – mówi Róża Rzeplińska, szefowa serwisu MamPrawoWiedziec.pl.  W rozmowie w Radiu Kraków odniosła się do kradzieży znaków drogowych informujących o Strefie Czystego Transportu. – Spór o Strefę Czystego Transportu coraz częściej odwołuje się do narracji o „karze dla biednych”, za którą stoją konkretne środowiska polityczne, co może rodzić pytania o intencje i adresatów tego przekazu – zauważa Rzeplińska. – Jestem zaskoczona, że wzięli to na sztandar politycy Konfederacji, która nie ma praw socjalnych w swoich programach, a nagle mówi o trosce o osoby mniej zamożne. Rzeplińska interpretuje zdejmowanie znaków Strefy Czystego Transportu jako formę tzw. akcji bezpośredniej – anarchicznego przejmowania wpływu na rzeczywistość publiczną poza procedurami demokracji. Podkreśla jednak, że w przypadku SCT mieszkańcy Krakowa mieli realny wpływ na ostateczny kształt uchwały: strefa została wprowadzona później i w łagodniejszej formie niż pierwotnie planowano. – Tak jak kilka osób ściąga tablice, tak samo te kilka osób mogło uczestniczyć w spotkaniach rady miasta czy konsultacjach społecznych i tam zabierać głos. To jest dokładnie ten sam mechanizm – mówiła w Radiu Kraków. Rzeplińska zwraca uwagę na realny wymiar finansowy działań przeciwników SCT. – Jeżeli to jest 20 tablic po 600 złotych, to 12 tysięcy złotych piechotą nie chodzi. A to są pieniądze publiczne. To jest narażanie innych obywateli na koszty – uważa. Cała rozmowa dostępna jest tutaj: Kto niszczy znaki Strefy Czystego Transportu w Krakowie? "Bunt na cudzy rachunek" Źródło: Radio Kraków

Więcej…

Owca odchodzi od Gibały. A to dopiero początek rozpadu

Owca odchodzi od Gibały. A to dopiero początek rozpadu

05 stycznia 2026 | 11:54

Klub Łukasza Gibały w Radzie Miasta Krakowa zaczyna się sypać. Aleksandra Owca opuszcza szeregi Krakowa dla Mieszkańców i będzie radną niezrzeszoną. To nie jest drobne polityczne drgnięcie. To bardzo wyraźna rysa na konstrukcji, która i tak od początku była krucha. Rysa, która może okazać się pęknięciem zapowiadającym rozpad całości. Owca nie wychodzi bez powodu. Mówi o końcu „współpracy” i o potrzebie „odwagi w sprawach prospołecznych”. Brzmi ładnie, niemal podręcznikowo. Ale w polityce takie słowa zwykle oznaczają jedno: ucieczkę z tonącego okrętu, a nie partnerskie rozstanie w atmosferze wzajemnego szacunku. Aleksandra Owca (tyłem) pozująca Łukaszowi Maślonie podczas sesji rady miasta / fot. Łukasz Michalik KdM miał być alternatywą dla politycznego establishmentu. Miał być świeżą siłą, nową jakością, głosem krakowian zmęczonych partyjnymi układami. Tymczasem po wyborach 2024 roku klub wprowadził zaledwie ośmiu radnych – wynik skromny, ledwo wystarczający, by zaznaczyć swoją obecność. Nadzieja była, ale była też ostatnią deską ratunku. Dziś okazuje się, że ta „nowa nadzieja” zaczyna się kruszyć szybciej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Klub, który ledwie zajął miejsce przy politycznym stole, rozpada się, zanim zdążył zaproponować mieszkańcom spójny program, realne inicjatywy czy choćby wyraźny kierunek działania. A co na to lider? Nic. Cisza. Brak komentarza, brak reakcji, brak próby gaszenia pożaru. Jakby ktoś uznał, że problem sam się rozwiąże. Albo że lepiej udawać, że go nie ma. Czy Aleksandra Owca jest wyjątkiem? Czy to jednorazowe potknięcie? Z naszych informacji wynika, że absolutnie nie. W kuluarach rady miasta coraz głośniej mówi się o kolejnych napięciach i o radnych, którzy poważnie rozważają opuszczenie klubu. To nie jest koniec. To dopiero początek. Łukasz Gibała w sali obrad / fot. Łukasz Michalik Dla Łukasza Gibały to potężny cios. I kolejny dowód na to, że trzykrotny kandydat na prezydenta Krakowa wciąż nie potrafi zbudować trwałej, lojalnej i sprawczej formacji politycznej. Nie potrafi też zatrzymać przy sobie ludzi. Gdy tylko poznają metody działania, chaos decyzyjny i brak realnej sprawczości lidera, zaczynają odchodzić. Jednym zajmuje to kilka miesięcy, innym trochę dłużej. Mechanizm jest zawsze ten sam. Klub, który miał być „głosem mieszkańców”, coraz bardziej przypomina zbieraninę rozczarowanych radnych, którzy zadają sobie pytanie, po co dalej udawać jedność. Bez wizji, bez zaplecza, bez lidera zdolnego do konsolidacji. Taki projekt nie ma przyszłości. Ten pierwszy odpływ powinien być jasnym sygnałem ostrzegawczym. Polityczne konstrukcje budowane na hasłach, a nie na realnym przywództwie i zaufaniu, rozpadają się szybciej, niż mieszkańcy zdążą się nimi zainteresować. A w przypadku klubu Gibały to naprawdę dopiero początek.

Więcej…

Gibała stchórzył przed rozmową z Miszalskim! Jest kolejne zaproszenie

Gibała stchórzył przed rozmową z Miszalskim! Jest kolejne zaproszenie

23 grudnia 2025 | 16:36

– Jeżeli Łukasz Gibała chciałby podyskutować o sytuacji finansowej miasta, to zapraszam – mówi Aleksander Miszalski. To już kolejne publiczne zaproszenie do merytorycznej dyskusji na temat budżetu Krakowa. Znany z nieustającej krytyki i zacietrzewionych ataków na władze Krakowa radny skutecznie unika konstruktywnych rozmów. Skupia się natomiast na populistycznych frazesach i frontalnych atakach na prezydentów, z którymi przegrał wybory: czy to wcześniej na Jacka Majchrowskiego, czy obecnie na Aleksandra Miszalskiego. Żeby dyskutować o audycie finansowym miasta, trzeba go wcześniej przeczytać. Jeżeli kiedyś Gibała go przeczyta i chciałby o tym podyskutować, czy u mnie w gabinecie czy też publicznie, to zapraszam. Tylko niech konkretnie powie, co tam jest źle zrobione  – stwierdził Miszalski w wywiadzie dla Głos24. To już kolejne zaproszenie radnego opozycji do merytorycznej rozmowy. Wcześniej podobne zaproszenie, podczas sesji Rady Miasta Krakowa, padło z ust Grzegorza Stawowego. Gibała powiedział, że jest gotowy na rozmowę, ma pomysły. Więc z mównicy zaprosiłem go do gabinetu prezydenta. Nie przyszedł. Szkoda, bo mógłby przyjść choćby z ciekawości, po to, by zobaczyć, jak wygląda gabinet, w którym tak bardzo chce zasiąść  – powiedział w rozmowie z nami szef klubu radnych KO.  Cały wywiad tutaj: Miał mieć pomysły, nie przyszedł na spotkanie. "Boi się" [WYWIAD] Z kolei sam Miszalski odniósł się także do nieprzychylnej mu grupy osób, która zaczęła produkować różnego typu gazetki i nawołuje do referendum w sprawie odwołania prezydenta. Dziennikarz Głos24.pl, który przepytywał Miszalskiego, nazwał te działania wręcz „nagonką”. Za tymi działaniami stoją osoby, które były w sztabie Gibały podczas kampanii. Nie pojawiła się więc nowa grupa, tylko ta sama, która bardzo nie lubi Koalicji Obywatelskiej, bardzo nie lubi mnie i bardzo chciałaby mieć swojego prezydenta, który będzie z nim współpracował – stwierdził Miszalski. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Wskazał także na niejasne przepływy finansowe i zastanawiał się, kto finansuje kampanię nienawiści, pomówień i kłamstw. Te powielane są w wydawanych w setkach tysięcy egzemplarzy gazetkach, których przygotowanie, druk i kolportaż prezydent Krakowa wycenił na miliony złotych. Nie sądzę, żeby te pieniądze się brały znikąd. Nie sądzę, żeby mieszkańcy Krakowa gremialnie się na to zrzucali. To jest ciekawe, skąd te osoby nagle mają pieniądze. To są miliony złotych. Nie pojawili się znikąd. Można podejrzewać, kto im pomaga, kto ich inspiruje – mówił Miszalski. Cała rozmowa tutaj:

Więcej…

Czy radny od Gibały popełnił przestępstwo?! Poważne zarzuty i widmo więzienia

Czy radny od Gibały popełnił przestępstwo?! Poważne zarzuty i widmo więzienia

17 grudnia 2025 | 11:01

Czy krakowski radny pracuje „na czarno” w knajpie i zapomniał wpisać dochody do oświadczenia majątkowego? Poważne oskarżenia padają pod adresem jednego z ludzi Łukasza Gibały, a w tle pojawia się nawet groźba wieloletniego więzienia. Jeden z radnych związanych z klubem Łukasza Gibały znalazł się w centrum poważnych zarzutów. W tle – nieujawnione dochody, praca „na boku” i oświadczenie majątkowe, które może nie mówić całej prawdy. Alarm podniósł Grzegorz Stawowy, szef klubu radnych Koalicji Obywatelskiej. W rozmowie z portalem KR24.pl zasugerował wprost, że jeden z radnych od Gibały miał zarabiać w lokalu gastronomicznym, nie informując o tym w oficjalnych dokumentach. Stawowy nie owijał w bawełnę: Wiemy, który radny od Łukasza Gibały pracuje w knajpie, nie zgłaszając dochodów z tego źródła w oświadczeniu majątkowym. Wiemy nawet, gdzie ta knajpa jest, przy jakiej ulicy. No… chyba, że polewa jako wolontariusz? To bardzo poważne oskarżenie. W wywiadzie nie pada nazwisko radnego, ale my sprawdziliśmy oświadczenia majątkowe wszystkich radnych z klubu Gibały – w żadnym z nich nie ma informacji o dochodach z pracy w barze czy restauracji. Oficjalnie żaden z radnych nie „polewa piwa”. Pytanie brzmi: czy rzeczywiście nikt tego nie robi, czy po prostu ktoś postanowił o tym nie napisać? Osiem lat więzienia Jeśli radny faktycznie pracuje w lokalu gastronomicznym i pobiera za to wynagrodzenie, a jednocześnie nie wykazuje tego w oświadczeniu majątkowym, sytuacja staje się wyjątkowo poważna. Oświadczenie majątkowe to nie luźna deklaracja – to dokument składany pod rygorem odpowiedzialności karnej. Zgodnie z przepisami, osoba składająca oświadczenie majątkowe, która zataja część swoich dochodów, co do zasady popełnia przestępstwo z art. 233 § 6 Kodeksu karnego, czyli składa fałszywe oświadczenie. Za taki czyn grozi kara pozbawienia wolności nawet do 8 lat. To nie jest drobne uchybienie administracyjne, lecz potencjalny zarzut karny. fot. Pixabay Polewał piwo za darmo? Oczywiście prawo przewiduje wyjątki. Przestępstwo nie zostaje popełnione, jeśli błąd jest nieistotny, nieumyślny, dotyczy niewielkiej kwoty bez znaczenia prawnego lub da się wykazać brak świadomości albo brak zamiaru zatajenia dochodów. Problem w tym, że praca w knajpie i regularne wynagrodzenie trudno uznać za „drobne przeoczenie”. ZOBACZ TAKŻE: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] Czy sprawa znajdzie swój finał w prokuraturze? Czy padną konkretne nazwiska? I czy radny od Gibały faktycznie „polewał jako wolontariusz”, czy jednak zarabiał na boku? Ta sprawa zapewne będzie miała ciąg dalszy Poważne zarzuty w kierunku "gibałowców" To jednak nie wszystko. W tym samym wywiadzie Stawowy ujawnia też inne „tajemnice” radnych z klubu Gibały. Ludzie, którzy atakują wszystkich po kolei, wymuszają kontrreakcję. W związku z powyższym Koalicja też zaczęła się interesować, co robią poszczególni radni. Dlaczego jeden z radnych od siedmiu lat zarabia po 500 złotych rocznie i nie wygląda, żeby żył jakoś szczególnie biednie? Dlaczego kolejny radny nie pracuje nigdzie, a też nie wygląda, jakby przymierał głodem. Dlaczego jedna z radnych żyje tylko i włącznie z rentierstwa, a jednocześnie stawia różnego rodzaju zarzuty na radzie. Dlaczego szef klubu, nigdzie nie pracując, zarabia pół miliona rocznie? Stawowy odniósł się także do zmasowanych ataków opozycji. Ja podziwiam opozycję za determinację w przekręcaniu faktów. Jest jeden taki radny, który potrafił odjąć 48 milionów od 35 milionów i wyszło mu 20 milionów różnicy. To jest fascynujące, że facet, który skończył nauki ekonomiczne nie potrafi odejmować w zakresie do 20. Jest masa manipulacji, masa emocji i populizmu. Cała rozmowę z szefem klubu radnych KO możecie przeczytać tutaj: Kraków będzie likwidować kolejne galerie? „Krokus de facto upadł sam”

Więcej…

Miasto odgrzewa kotleta. Co naprawdę kryje masterplan Mazura?

Miasto odgrzewa kotleta. Co naprawdę kryje masterplan Mazura?

11 grudnia 2025 | 09:58

Miasto znów sprzedaje wielką przyszłość w błyszczącym opakowaniu. Masterplan dla Rybitw i Płaszowa ma być wizją na miarę 2050 roku, ale im głośniej magistrat bije w bębny, tym wyraźniej słychać echo. Bo ta „nowość” wygląda jak projekt, który już raz poległ. I który dziś wraca w nowym garniturze, za to z tymi samymi pytaniami o transparentność, polityczne rozgrywki i zaskakująco zbieżne interesy niektórych prywatnych inwestorów. Miasto z przytupem ogłosiło masterplan dla Rybitw i Płaszowa. Metro, wieżowce, zielona dzielnica – wizja na 2050 brzmi jak folder promocyjny, ale im dłużej człowiek patrzy, tym bardziej mruga pytająco. Bo w tej „nowej wizji” jest coś dziwnie znajomego. Stawowy zaorał Muzyka Zadziwiająco zbliżony zestaw pomysłów już kiedyś oglądaliśmy, tylko wtedy nosił nazwę „Nowe Miasto”. Prezentował go wówczas Jerzy Muzyk, zastępca Jacka Majchrowskiego. Wtedy jego bardzo śmiała wizja rozwoju miasta została zniszczona przez krakowskich radnych i wylądowała w koszu. Przyczynił się do tego między innymi radny Grzegorz Stawowy (obecnie szef klubu radnych KO) i podczas sesji rady miasta zmiażdżył zapisy planu. Było to na początku 2023 roku. Oburzeni radni Dziś, w grudniu 2025 roku, do pomysłu wraca Stanisław Mazur, zastępca Aleksandra Miszalskiego. Oczywiście projekt przedstawiany jest pod nową nazwą: Masterplan dla Rybitw i Płaszowa. Historia nie tyle zatoczyła więc koło, co wróciła z tą samą prezentacją, tylko w nowym garniturze. Wiceprezydent Mazur pewnie będzie tłumaczył, że to wcale nie tak, że zapisy są inne, bla bla… No pewnie, że są inne, bo pojawia się choćby metro. Ale główne założenia są niemalże takie same. Nowe Miasto / wizualizacja: Wydział Planowania Przestrzennego Czy Stawowy, jako szef komisji planowania przestrzennego, znowu zaorze ten projekt? Tego nie wie nawet on sam. Serio! – Bez komenatrza – uciął rozmowę. Zapytaliśmy więc innych radnych (bo to od ich głosów będzie zależeć przyszłość projektu), ale... oni także nie byli zbyt rozmowni. Okazało się bowiem, że wiceprezydent ani nie konsultował z nimi projektu ani nawet nie zapoznał ich z jego zapisami. – Znam ten plan tylko z mediów, nic więcej nie wiem – powiedział nam jeden z radnych. – Prezydent Mazur już drugi raz wywinął taki sam numer – stwierdził drugi. – Powinien się wreszcie nauczyć, na czym polega współpraca i współrządzenie miastem – dodał. Prywatne interesy Jest jeszcze jedna ciekawostka, którą także trudno zignorować. Zapisy masterplanu są zadziwiająco podobne do Zintegrowanych Planów Inwestycyjnych (ZPI) zgłoszonych już wcześniej przez Tele-Fonikę, Ekopark (deweloper powiązany z Sobiesławem Zasadą) czy zgodny z koncepcją NOHO Logistic (związany z Sebastianem Kulczykiem). To oczywiście może być przypadek, może logika urbanistyczna, może zbieżność koncepcji – wszystko możliwe. Ale trudno oczekiwać, że nikt nie zauważy podobieństw. Podsumowując: Mamy masterplan ogłoszony przez wiceprezydenta bez konsultacji z radnymi nawet tymi z obozu rządzącego. Mamy pomysły łudząco podobne do projektu, który już raz przepadł. Mamy wizję, która w kilku punktach pokrywa się z prywatnymi ZPI. A radni – ci, którzy mają to potem opiniować i nad nim głosować – dowiadują się z mediów. Jeśli to ma być nowa jakość zarządzania, to oby nie skończyło się starą jakością problemów.

Więcej…

Oto najszybsza kariera w Polsce. Skazany radny dzielnicowy, którego zna cały kraj

Oto najszybsza kariera w Polsce. Skazany radny dzielnicowy, którego zna cały kraj

10 grudnia 2025 | 09:05

Radny dzielnicowy z Krowodrzy, który oferował milion złotych łapówki dziennikarzowi TVN za milczenie, a następnie został skazany m.in. za groźby karalne, właśnie stał się najsławniejszym politykiem lokalnym w historii Polski. Piszą i mówią o nim największe ogólnopolskie media, a sprawa, w którą był zamieszany, trafia na biurko premiera i prezydenta. Oto Mateusz Jaśko. W niektórych doniesieniach medialnych występujący jako Mateusz J. W Polsce widzieliśmy już różne kurioza. Posłów, którzy nie wiedzieli, gdzie są. Ministrów, którzy nie wiedzieli, co podpisują. Celebrytów, którzy nie wiedzieli, dlaczego są sławni. Ale radnego dzielnicowego, który staje się ogólnopolskim celebrytą, ikoną newsów i bohaterem poważnych dyskusji na szczeblu państwowym? Tego jeszcze nie grali. Oto Mateusz Jaśko. Radny Mateusz Jaśko. I to nie radny miejski, nie radny wojewódzki, nie członek żadnej komisji ministerialnej. Nie. To radny jednej z osiemnastu krakowskich dzielnic. Po prostu radny dzielnicowy. A precyzyjniej pisząc: członek rady Dzielnicy V Krowodrza. Człowiek, którego funkcja normalnie daje rozpoznawalność co najwyżej w kolejce do Żabki, gdy akurat kupuje mleko i hot doga. A tymczasem? Jaśko to najbardziej znany radny dzielnicowy w Polsce. Media piszą o nim tak często, jakby był co najmniej marszałkiem Sejmu. Najpierw Wirtualna Polska – cała Polska czyta: Kryptowaluty, groźby wobec dziennikarza i próba korupcji. Niedoszły prezydent Krakowa skazany źródło: WP Potem TVN24 – cały kraj ogląda: Krakowski aktywista skazany za szantażowanie dziennikarza Źródło: TVN24 Następnie RMF FM – cały kraj słyszy, nawet w samochodach, stojąc w korku: Siekiera w Ferrari, gangsterskie porachunki i tajemnicze zniknięcie A teraz, gdy rząd bierze się za kryptowaluty, do sprawy wraca największy portal w Polsce: Onet. Onet przy okazji dyskusji na szczeblu państwowym wyciągnął temat tajemniczego zaginięcia (według członków rodziny – morderstwa) Sławomira Suszki, założyciela giełdy kryptowalut, za którą – jak się okazało – stoją bandyci. No i kiedy czytelnik już przebrnął przez sceny żywcem wyjęte z gangsterskiego filmu, nagle wjeżdża on – cały na biało – krakowski radny dzielnicowy Mateusz Jaśko. Choć w tym artykule Onetu ukryty pod skrótem „Mateusz J.” Przy okazji dziennikarza TVN pojawia się jeszcze jeden zaskakujący wątek dotyczący BitBay, a obecnie Zondacrypto. W pewnym momencie z Fują skontaktował się Mateusz J. z Krakowa, który miał twierdzić, że działa w imieniu osób powiązanych z BitBay. Przekazał dziennikarzowi, że jego mocodawcy nie chcą, by ich przeszłość została powiązana z giełdą kryptowalut. Zasugerował też Fui, że zapłaci mu za rezygnację z prac nad materiałem. Ostatecznie zaproponował dziennikarzowi milion złotych łapówki i zagroził, że jeśli nie odpuści, stanie mu się krzywda. Całość tutaj: "Sprawa jest tak paskudna". O co chodzi w aferze z kryptowalutami Źródło: Onet Inni politycy walczą o rozpoznawalność. Biją się o czas antenowy. Płacą agencjom PR. Opłacają kampanie w mediach. Błagają o wywiady, spotkania, debaty. A Mateusz Jaśko? Ten sprawia wrażenie, jakby to media siedziały w jego kieszeni. Wygląda to tak, jakby sterował nie budżetem na ławki i kosze na śmieci na osiedlu, ale budżetem państwa. Bo sprawą zajmują się także właśnie najważniejsze osoby w państwie. To już nie tylko portale. Nie tylko telewizje. Nie tylko radiowi giganci. Sprawa, z którą Jaśko się zderzył, trafia na biurka ministrów, regulatorów, urzędników najwyższego szczebla. Na biurko premiera i prezydenta. Poziom, którego radny dzielnicowy normalnie nie zobaczyłby nawet przez szybę samochodu pod ministerstwem. W normalnym kraju nazwisko radnego dzielnicowego pojawia się raz: podczas liczenia głosów. W Polsce? Możesz być: premierem i połowa kraju cię nie kojarzy, ministrem i nikt nie wie, jak wyglądasz, posłem i nawet twoja dzielnica cię nie pozna, ale radny dzielnicowy Jaśko? O nim słyszeli wszyscy. W normalnym państwie taki poziom rozpoznawalności osiąga się po dostaniu Nobla albo po spektakularnej ucieczce z więzienia. Choć Jaśko na razie Nobla nie zdobył. Nie uciekł także z więzienia, bo wyrok ma w zawiasach, więc chodzi po ulicach i kreuje politykę dzielnicy. Ale i bez tego Mateusz Jaśko już przeszedł do historii. To pierwszy radny dzielnicowy, którego zna cała Polska. Co dalej? Przed nim więc – jakby nie patrzeć – kariera. Być może ktoś (dajmy na to Łukasz Gibała) wciągnie go na swoje listy, by zapewnić mu mandat w Radzie Miasta? A może wystartuje na posła? A przy takim, nazwijmy to elegancko, bandyckim CV, droga do najwyższych stanowisk w państwie stoi przed nim otworem. Wybory na prezydenta RP już za cztery lata. Jedno jest pewne: Mateusz Jaśko to pierwszy radny dzielnicowy, który stał się ogólnopolskim fenomenem medialnym. I wygląda na to, że wcale nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. ZOBACZ TAKŻE: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] I tu zaczyna się najśmieszniejsza, a zarazem najsmutniejsza część tej historii. Bo o ile medialna kariera naszego bohatera jest wręcz kosmiczna jak na radnego dzielnicowego, o tyle prawdziwy pazur tego spektaklu kryje się gdzie indziej – w polskim prawie. A dokładniej: w tym, jak bardzo jest ono… elastyczne. Rozciągliwe. Gimnastyczne. Tak giętkie, że gdyby paragrafy miały kręgosłupy, dawno leżałyby u fizjoterapeuty. Polska to kraj, w którym możesz zostać prawomocnie skazany i… nic. Zero. Okazuje się bowiem, że przepisy są skonstruowane tak, że i po prawomocnym wyroku skazującym nadal możesz kreować politykę dzielnicy. W praktyce wygląda to tak: Proponowałeś milion złotych łapówki? Nadal możesz być radnym. Groziłeś komuś tak, że musiał się ukrywać z całą rodziną? Nadal możesz być radnym. Współpracowałeś z bandytami i kibolami? Nadal możesz być radnym. Uderzyłeś kobietę pięścią w twarz? Nadal możesz być radnym. W rozmowach z Kanałem Krakowskim wielu polityków przyznawało, że człowiek skazany prawomocnym wyrokiem nie powinien pełnić żadnych funkcji publicznych. I co? I nic. Bo znawcy prawa tłumaczą, że w Krakowie nie istnieje coś takiego jak „radny dzielnicowy”. Jest tylko „członek rady dzielnicy”, a różnica jest taka, że ten drugi nie traci mandatu po wyroku. Czyli typowe kruczki prawne. Skoro prawo jest wadliwe, może warto je zmienić, zamiast zasłaniać się durnymi paragrafami? A gdyby Jaśko jednak odsiadywał wyrok w więzieniu, to co wtedy? Nadal brałby udział zdalnie w posiedzeniach rady dzielnicy? Głosowałby zza krat? Prawo w Polsce ma tyle wyjątków, „ale” i dopisków gwiazdkami, że wychodzi na to, iż lokalna funkcja publiczna potrafi być bardziej odporna na wyroki niż bruk odporny na sól drogową. I tak docieramy do punktu kulminacyjnego tej farsy: nasz najbardziej znany radny dzielnicowy w historii kraju nie tylko stał się celebrytą, tematem ogólnopolskich newsów, bohaterem nagłówków i politycznych komentarzy, ale do tego wszystkiego… nadal zasiada w radzie dzielnicy. Legalnie. Gdyby Monty Python pisał scenariusz do serialu o polskim samorządzie, miałby problem, bo nawet oni nie wymyśliliby czegoś równie absurdalnego. A tymczasem my mamy to na żywo.Tu.W Polsce.W Krakowie.W Krowodrzy. I jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, że polskie prawo potrafi być bardziej elastyczne niż kontorsjonistka w cyrku… cóż – oto dowód.

Więcej…

Milcząca większość chce S7 przez Kraków! "Politycy zbijają kapitał polityczny na protestach"

Milcząca większość chce S7 przez Kraków! "Politycy zbijają kapitał polityczny na protestach"

03 grudnia 2025 | 10:38

– Przeciwko inwestycji występuje niewielka grupa osób, głośna i dobrze zorganizowana, wspierana przez lokalnych polityków i działaczy, którzy wyczuli możliwość zbijania kapitału politycznego – uważa jeden z mieszkańców Mogilan. W liście otwartym do dyrektora krakowskiego oddziału GDDKiA popiera budowę S7 przez Kraków. – W imieniu tej milczącej większości, która nie organizuje protestów ani nie krzyczy w mediach społecznościowych, serdecznie apeluję o realizację tej inwestycji – pisze autor listu. Poniżej prezentujemy jego pełną treść. *** List otwarty mieszkańca Gminy MogilanyDo Dyrektora Oddziału GDDKiA w KrakowiePana Macieja Ostrowskiego Szanowny Panie Dyrektorze, piszę ten list anonimowo nie z braku odwagi, lecz z obawy przed agresją części aktywistów, którzy zrobili z tematu budowy drogi S7 emocjonalny oręż. Chciałbym jednak, by wybrzmiał głos mieszkańców, którzy nie krzyczą, ale myślą rozsądnie. Jako mieszkaniec Gminy Mogilany wyrażam pełne poparcie dla działań Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad oraz dla Pana Dyrektora i kierownictwa Oddziału w Krakowie.​ Uważam, że projekt budowy drogi ekspresowej S7 z Krakowa do Myślenic jest niezbędny zarówno z punktu widzenia bezpieczeństwa, jak i komfortu życia mieszkańców całego regionu.​ Nieprawda, że Mogilany są przeciwko S7W przestrzeni publicznej pojawia się fałszywy przekaz, jakoby mieszkańcy Mogilan byli jednogłośnie przeciwni budowie S7. To nieprawda. W rzeczywistości przeciwko inwestycji występuje niewielka grupa osób, głośna i dobrze zorganizowana, wspierana przez lokalnych polityków i działaczy, którzy wyczuli możliwość zbijania kapitału politycznego. Nazwiska takie jak Grzegorz Nędza, Mateusz Paszta, Jerzy Przeworski przewijają się w tej dyskusji nie dlatego, że reprezentują wszystkich mieszkańców, lecz dlatego, że głośno walczą o własne interesy polityczne.​ Nie można też pominąć faktu, że część deweloperów, którzy wcześniej doprowadzili do przekształcenia terenów rolnych na budowlane, dziś sprzeciwia się inwestycji tylko dlatego, że planowana trasa mogłaby przebiegać w pobliżu ich działek, na których chcieliby sowicie zarobić.​ Większość mieszkańców może zyskaćRealnie poszkodowanych przez inwestycję byłoby niewielu. Zdecydowana większość mieszkańców Gminy Mogilany zyska na realizacji nowej S7. Dziś nasze miejscowości cierpią z powodu starej zakopianki drogi, która dawno przestała odpowiadać potrzebom ruchu. Natężenie pojazdów, w tym ciężarowych, stale rośnie. Brak ekranów, drgania, hałas, zanieczyszczenie powietrza i ciągłe niebezpieczeństwo to codzienność ludzi mieszkających wzdłuż DK7. Każdy, kto żyje w jej sąsiedztwie, wie, że życie obok tej drogi jest coraz bardziej nieznosne.​ Potrzebujemy drogi z prawdziwego zdarzeniaDlatego popieram działania GDDKiA i apeluję o kontynuowanie prac nad nową trasą S7, która będzie drogą bezpieczną, nowoczesną, z ekranami akustycznymi, bezkolizyjnymi przejazdami i przejściami dla pieszych. To nie jest inwestycja przeciw mieszkańcom – to projekt, który może uratować życie, poprawić komfort, uspokoić ruch i rozwinąć region.​ ApelW imieniu tej milczącej większości, która nie organizuje protestów ani nie krzyczy w mediach społecznościowych, serdecznie apeluję o realizację tej inwestycji. Dziękujemy za determinację, profesjonalizm i odporność na presję polityczną. Prosimy, by GDDKiA nie zatrzymywała się w tym procesie – wierzymy, że dzięki tej inwestycji nasza gmina i cały region wreszcie odetchnie z ulgą.​ Z wyrazami szacunku,mieszkaniec Gminy Mogilany w imieniu swoim i wielu innych o podobnych poglądach

Więcej…

Przewrót pałacowy w krakowskim Kościele. Bogu niech będą dzięki

Przewrót pałacowy w krakowskim Kościele. Bogu niech będą dzięki

26 listopada 2025 | 13:38

Ta zmiana w Krakowie nie przyszła jak łagodny powiew Ducha Świętego. Ona wjechała jak huragan. I zrobiła to z impetem, którego w Kościele pod Wawelem nie widziano od lat. Ryś na tronie metropolity to nie roszada - to twardy reset systemu. Fabryczne ustawienia Kościoła uruchomione na nowo. Kiedy ogłoszono, że Grzegorz Ryś zostaje nowym metropolitą krakowskim, a na ołtarzu miasta znów błysnęła kardynalska mitra, Kościół w Krakowie dostał w końcu impuls do życia. To nie jest zwykła zmiana personalna. To wymiana ustawień. Albo nawet twardy reset. Do samego rdzenia. Do fabryki. Dostarczyciel tlenu Przez lata, pod rządami Marka Jędraszewskiego, Kościół krakowski bywał instytucją twardą i spiętą. Konserwatywną do bólu. Zajętą obroną przed kolejną wojną kulturową importowaną z innych kontynentów. W efekcie nawet ortodoksyjni wierzący mieli dość. A niektórzy, może zbyt wielu, gubili swoją wiarę. Kościół przestał być domem. Stał się sędzią. I to takim, który nie dopuszcza adwokata. Ryś jest inny. To nowa jakość. Duchowny młodszy, spokojniejszy, ale nie letni. Mniej obciążony ideologicznymi zacięciami. Z głową silnie osadzoną w tradycji, ale z oczyma skierowanymi ku ludziom. Ten przewrót - nazwijmy go płacowym - daje szansę na przewietrzenie instytucji, która dawno prosiła o tlen. To nie kosmetyka Ryś to metropolita, który zna Kościół od dołu, bo przeszedł przez parafie, wykłady, rekolekcje i realne życie. Nie jest urzędnikiem od podpisów, lecz księdzem od ludzi. To także kardynał. Ktoś, kto umie patrzeć szerzej niż na polskie podwórko. Ktoś, kto zna światowe struktury Kościoła. To daje szansę na otwartość. I na mniej strachu przed rozmową. I wreszcie: to powrót do źródeł. Do tego, co w wierze jest najprostsze. Autentyczność. Modlitwa. Spotkanie. Nie polityka. Nie barykady. Nie okopy. Lek na zmęczenie, cynizm i zwątpienie W ostatnich latach wielu ludzi mówiło: „Kościół zajmuje się sobą. Konfliktem. Ideologią. Nie nami.” Ten cynizm oddalał nawet najgorliwszych. Bo kiedy dom zamienia się w sąd, ludzie uciekają. Ryś przychodzi jak powiew świeżego powietrza. Jak ktoś, kto mówi prosto: Kościół to wspólnota. Nie kodeks. Krzyż to miłość. Nie kij. I nawet jeśli brzmi to idealistycznie, trudno się dziwić. Kościół w Krakowie potrzebował resetu. Lepiej nadzieja niż rezygnacja. Brzmi jak nowa era Trudno uwierzyć, że to zwykła roszada. To może być początek nowej epoki. Epoki, w której Kościół przestanie być areną wojen kulturowych. Znowu stanie się miejscem wiary. Ciszy. Rozmowy. I normalnego spotkania z Bogiem i drugim człowiekiem. Ryś ma szansę dokonać czego wielkiego, ale będzie to spacer po linie nad rynsztokiem. Ma charyzmę. Ma styl. Ma świeżość. Ma kompetencje. Ale też: ogromny opór materii, rozczarowanych wiernych, rozbestwionych krytyków i dziedzictwo ciężkich lat w Kościele krakowskim. Jeżeli mu się uda, będzie to największa kościelna przemiana w Polsce od dwóch dekad. Jeśli nie, to będzie najgłośniejszy zmarnowany potencjał. Grzegorz Ryś / fot. wikimedia Największe wyzwania i opory, które czekają kard. Rysia w Krakowie 1. Beton kurialny - czyli krakowski „establishment świętego spokoju” Kraków to nie jest diecezja, to jest instytucja-moloch z kilkusetletnią pamięcią i własnym DNA. Tam wciąż słychać kroki kard. Sapiehy, tam Jan Paweł II jest nie tyle wspominany, co obowiązuje jako prawo naturalne. A teraz przychodzi Ryś - człowiek z otwartą głową, który mówi o Kościele jako o „szpitalu polowym”, a nie twierdzy. To będzie dla kurialistów szok jak po przejściu z dial-upu na światłowód. Część osób będzie go sabotować po cichu. Część jawnie. Część będzie czekać, aż „ten eksperyment przejdzie”. 2. Elektorat Jędraszewskiego - czyli ci, którzy chcą Kościoła jako barykady Sporą część lokalnych środowisk przyzwyczajono do narracji o Kościele jako ostatniej reduty cywilizacji łacińskiej, do poetyki zagrożeń, wrogów, tęczowych apokalips i kulturowych pożarów. Ryś tego nie gra. Nie krzyczy, nie straszy, nie wali pięścią w ambonę. I wielu poczuje się… osieroconych. Absurd? Może. Ale psychologia tłumu tak działa. Zawsze kochamy proroka, który mówi: „Za murami wróg!”. Ryś mówi raczej: „Za murami są ludzie”. To zmienia dynamikę. Nie wszyscy będą zachwyceni.  3. Ludzie zranieni Kościołem - gigantyczne oczekiwania Jest cała grupa katolików, którzy zostali zniechęceni, odcięci, wypchnięci albo po prostu zmęczeni. Oni nagle dostali sygnał: „wracajcie, drzwi mogą być otwarte”. Ale to buduje presję. Oczekujemy, że Ryś natychmiast naprawi relacje. Że przestanie zamiatać pod dywan. Że będzie inny, lepszy, bardziej przejrzysty. To jest piękne… i niebezpieczne. Bo oczekiwania mogą być większe niż realne możliwości.  4. Zderzenie z „krakowskim mitem” Kraków ma obsesję swojej wielkości kościelnej. Tu wciąż się żyje przekonaniem, że każde drzewo rośnie „na papieża”. Ryś nie jest typem hierarchicznego monarchisty. Nie buduje kultu. Nie wznosi piedestałów. A Kraków piedestały kocha. On będzie musiał przeorać mentalność, która przez lata była karmiona przekonaniem, że „jesteśmy duchową stolicą Polski, więc wszystko ma wyglądać jak w muzeum”. 5. Temat nadużyć - najbardziej gorący kartofel Ryś ma opinię tego, który nie unika tematów trudnych i potrafi transparentnie rozmawiać o nadużyciach. W Krakowie to pole minowe.Są sprawy zaczęte, nierozliczone, zamiecione, sklejone taśmą, pochowane, przemilczane. Oczekiwania wobec Rysia są ogromne, ale jeśli ruszy niektóre teczki, to będzie wichura. Jeśli nie ruszy, to zawiedzie tych, którzy mu zaufali. To najbardziej dramatyczne wyzwanie, bo tu nie ma dobrego wyjścia, tylko mniej złe. 6. Internety i „katoprawa opozycja” Jeśli Rys zacznie mówić innym językiem niż poprzednik - a już mówi - internetowa prawica katolicka zrobi z niego „liberała”, „relatywistę”, „zdrajcę tradycji”. Memiki będą latać. Kanały youtuberów z różańcem w jednej dłoni, a pikselowym ogniem w drugiej - pójdą w ofensywę. To będzie medialny rollercoaster.  7. Oczekiwanie na „nową teologię Krakowa” Kraków miał swoje szkoły myślenia. Filozofię Wojtyły. Metafizykę Tischnera. Konserwatywne kazania Jędraszewskiego. Ryś będzie musiał zaproponować coś własnego i to nie może być kopią Łodzi. Kraków to inna gleba. Tu każdy krok ocenia się jak spektakl w Teatrze Słowackiego.

Więcej…

Siekiera w Ferrari, gangsterskie porachunki i tajemnicze zniknięcie

Siekiera w Ferrari, gangsterskie porachunki i tajemnicze zniknięcie

25 listopada 2025 | 11:37

Siekiera wbita w szybę luksusowego samochodu, groźby, miliardy złotych w bitcoinach i tajemnicze zniknięcie Sylwestra Suszka – według rodziny mogło dojść do morderstwa. W tle tej sensacyjnej historii pojawia się obecny krakowski radny dzielnicowy Mateusz Jaśko, który współpracował z osobami o kryminalnej przeszłości, próbując wręczyć łapówkę dziennikarzowi śledzącemu sprawy kryptowalut i grożąc mu w razie odmowy. Te mroczne powiązania oraz dramatyczna historia Suszka zostały przypomniane w podcaście Olgi Herring, która w RMF FM wskazała, jak niebezpieczny bywa świat kryptobiznesu w Polsce. Sprawa Sylwestra Suszka, twórcy pierwszej polskiej giełdy kryptowalut BitBay, wciąż elektryzuje media i śledczych. Tajemnicze zniknięcie multimilionera w marcu 2022 roku nie byłoby pełne bez kontrowersyjnej postaci krakowskiego radnego Mateusza Jaśko. Według ustaleń śledztwa, Jaśko współpracował z osobami o kryminalnej przeszłości, próbował wręczyć łapówkę dziennikarzowi zajmującemu się tematyką kryptowalut, grożąc mu w przypadku odmowy. O tym, że groźby były realne, świadczy między innymi fakt, że redaktor, wraz z rodziną, musiał się ukrywać. Zagadkowe zniknięcie Urodzony w 1989 roku w Katowicach Sylwester Suszek, syn górnika z Piekar Śląskich, ukończył zarządzanie na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 2014 roku wraz z przyjaciółmi założył giełdę BitBay – pierwszą w Polsce platformę umożliwiającą handel bitcoinami. Platforma szybko zdobyła popularność w Europie, obsługując setki tysięcy klientów i dzienne obroty sięgające miliarda złotych, czyniąc Suszka symbolem polskiego sukcesu w świecie kryptowalut. ZOBACZ TAKŻE: "Nie wkurzaj mnie. Nie ma że boli. Będzie z tobą jechane do końca" Multimilioner w krótkim czasie stał się właścicielem luksusowych apartamentów, supersamochodów, a nawet helikoptera. Budował dom dla rodziny i planował spokojne życie u boku żony i dzieci. Jednak jego błyskawiczna kariera nie trwała długo. W 2018 roku kontrola Komisji Nadzoru Finansowego oraz reportaż „Superwizjera” ujawniły powiązania części udziałowców BitBay z gangami, w tym z grupą wyłudzeń VAT. Groźby, próby łapówek sięgające miliona złotych i zniszczenie jednego z jego Ferrari zmusiły Suszka do przeniesienia firmy za granicę. Sylwester Suszek / źródło: Policja Największa zagadka związana z jego życiem nastąpiła w marcu 2022 roku. 10 marca Sylwester Suszek zniknął po spotkaniu na bazie paliwowej w Czeladzi, pozostawiając rodzinę i organy ścigania bez odpowiedzi. Jego samochód nie został odnaleziony, a nagrania z monitoringu nie dostarczyły żadnych wskazówek. Śledczy podejrzewają, że mogło dojść do porwania lub morderstwa powiązanego z działalnością przestępczą, ale sprawa pozostaje nierozwiązana. Radny w świecie przestępców Sprawa Suszka była powiązana z Mateuszem Jaśko, obecnie radnym dzielnicowym Krakowa i współpracownikiem Krowoderskiej – medialnego ramienia byłego kandydata na prezydenta Krakowa, Łukasza Gibały. Jaśko, według ustaleń śledczych, próbował wręczyć łapówkę dziennikarzowi TVN zajmującemu się tematyką kryptowalut, grożąc mu w razie odmowy. Sprawę bardzo szczegółowo opisał dziennikarz śledczy Szymon Jadczak w portalu Wirtualna Polska. ZOBACZ WIĘCEJ: Kryptowaluty, groźby wobec dziennikarza i próba korupcji. Niedoszły prezydent Krakowa skazany – Mateusz J. nie ukrywał, że działał na zlecenie innych osób z przeszłością kryminalną. Sąd pierwszej instancji ustalił także, że J. w ramach swojej działalności współpracował także z pseudokibicami Wisły, a to się kojarzy jednoznacznie – mówił nam z kolei sędzia Tomasz Szymański, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Nasz rozmówca był także członkiem składu orzekającego w sprawie Jaśki. Ten został prawomocnie skazany m.in. za szantażowanie dziennikarza TVN. Sąd pierwszej instancji wymierzył Jaśce karę 20 tys. zł. grzywny, ale Sąd Apelacyjny skazał radnego dzielnicowego na cztery miesiące pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata i 10 tys. złotych grzywny. Rozmowa na ten temat możecie przeczytać tutaj: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] Mateusz Jaśko podczas nagrania dla Rynku Krowoderskiego / źródło: YT Rynek Krowoderski Nierozwiązana sprawa Historia Sylwestra Suszka pokazuje, że świat kryptowalut w Polsce to nie tylko miliardy złotych i luksusowe życie, ale też ryzyko wciągnięcia w mroczne powiązania z mafią i kryminalistami. Przypadek Suszka wciąż przyciąga uwagę mediów, a sprawę regularnie przypominają dziennikarze i podcasterzy, w tym Olga Herring, która w swoim podcaście podkreśla dramatyczne zagrożenia związane z kryptobiznesem i przestępczością zorganizowaną. Cały podcast Olgi Herring dostępy jest tutaj:

Więcej…

Donoś na sąsiada, bo to ważne i potrzebne dla nas wszystkich

Donoś na sąsiada, bo to ważne i potrzebne dla nas wszystkich

25 listopada 2025 | 08:18

Tak, zostań konfiturą! Brzmi ostro? Może. Ale jeśli ktoś łamie prawo i niszczy Twoje zdrowie oraz zdrowie Twoich dzieci, to nie jest to donosicielstwo. To obrona konieczna: przed dymem, pyłem, toksynami i ludzką fantazją w stylu „wrzucę wszystko do pieca, co mi w ręce wpadnie”. W Krakowie obowiązuje całkowity zakaz palenia węglem i drewnem. Proste, czytelne, jednoznaczne. A mimo to wciąż znajdzie się sąsiad-specjalista, który uważa, że „nic się nie stanie”, „dymek nikomu nie szkodzi” albo „za komuny to dopiero się paliło”. Nie, wcześniej wcale nie było lepiej. I nie będzie dobrze, jeśli ktoś wciąż będzie robił za lokalny komin przemysłowy. Dlatego zgłoszenie takiego przypadku to nie małość. To odwaga. To troska o siebie, dzieci, zwierzęta, powietrze, płuca i ogólny sens życia. Bo Twoje milczenie jest dla truciciela jak sygnał: „kopć, stary, nikt cię nie ruszy”. Dlaczego to ważne? Po pierwsze: zdrowie. Smog to nie miejska legenda. To choroby płuc, serca, astma u dzieci, alergie, przewlekłe zapalenia, przedwczesne zgony. Jeden piec „z historią” potrafi zadymić pół ulicy i urządzić wszystkim niechcianą inhalację. Po drugie: sprawiedliwość. Większość mieszkańców inwestuje w ekologiczne ogrzewanie, płaci rachunki, przestrzega zasad. Dlaczego ktoś ma truć za darmo, bo mu „tak wygodniej”? Po trzecie: skuteczność. Drony latają, termowizja świeci, mobilne laboratorium bada, ale… najlepszym radarem smogowym wciąż jest Twój nos i Twoje oczy. Jedno zgłoszenie może zatrzymać truciciela na dobre. Jak się bronić?  Jeśli chcesz się bronić przed tym, że sąsiad niszczy Ci zdrowie, nerwy i jakość życia, masz kilka prostych narzędzi: Krakowskie Centrum Kontaktu – 12 616 55 55 Formularz online KCK Aplikacja Ekointerwencja Straż Miejska, numer alarmowy 986 I pamiętaj: jedno zgłoszenie może oznaczać koniec wieczornych oparów jak z hutniczego pieca. Skąd w ogóle ten smog? Nie tak dawno temu Kraków był jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast Europy. Mówiono o nas w raportach, żartach, newsach, memach, a maski antysmogowe były niemal częścią garderoby. Miasto zareagowało: wprowadzono zakaz palenia paliwami stałymi, wymieniono tysiące pieców, wprowadzono system kontroli i kar, ruszyły programy zieleni i czystego transportu, pojawiły się drony, czujniki, mobilne laboratoria. Efekt? Stężenia PM10 i PM2.5 znacząco spadły. Kraków wreszcie zaczął oddychać jak europejskie miasto, a nie jak fabryka w stanie wojny z powietrzem. Ale walka nadal trwa. Wystarczy kilku uparciuchów z piecem „jeszcze dobrym, tylko trochę dymi”, żeby cała okolica znów wyglądała jak plan filmu o apokalipsie klimatycznej. Bądź odważny, nie obojętny. Kiedy zgłaszasz truciciela, robisz coś ważnego, potrzebnego i zupełnie normalnego. To nie donos. To obrona Twojego domu, Twojego zdrowia, Twoich dzieci i Twojego prawa do oddychania. Więc jeśli sąsiad kopci – działaj. Dla siebie. Dla wszystkich. Dla Krakowa, który chce w końcu oddychać pełną piersią.

Więcej…

Sfałszowano, ale tylko troszkę. Gibała mógł oszukiwać bezkarnie

Sfałszowano, ale tylko troszkę. Gibała mógł oszukiwać bezkarnie

20 listopada 2025 | 15:09

Dziesięć lat temu Łukasz Gibała złożył w PKW podpisy pod wnioskiem o referendum ws. odwołania Jacka Majchrowskiego. Część podpisów była sfałszowana, część pochodziła od osób spoza Krakowa, a część zawierała błędne PESELE. Efekt? Żadnego referendum, żadnych konsekwencji, żadnej odpowiedzialności. Prokuratura uznała, że „społeczna szkodliwość czynu jest znikoma” i umorzyła postępowanie. Polska demokracja w praktyce? Możesz fałszować, płacić ludziom za podpisy, mieszać fakty i realia, a państwowe instytucje kiwają tylko głową. Cel uświęca środki – a prawo? Jakby go w ogóle nie było. Prokuratura umorzyła sprawę sfałszowanych podpisów, jakie Łukasz Gibała złożył w PKW z wnioskiem o przeprowadzenie referendum o odwołanie Jacka Majchrowskiego 10 lat temu – donosi portal Lovekrakow.pl. Przypomnijmy: komisarz wyborczy zakwestionował wtedy prawie 39 tysięcy z 86 tysięcy złożonych podpisów. Łukasz Gibała tak bardzo chce być prezydentem Krakowa, że nie wahał się, aby w 2016 roku rozpocząć akcji zbierania podpisów pod wnioskiem o referendum ws. odwołania urzędującego wówczas Jacka Majchrowskiego. Już samemu zbieraniu podpisów towarzyszyły kontrowersje – półgębkiem mówiło się, że „wolontariusze” stowarzyszenia Logiczna Alternatywa, to de facto ludzie z łapanki, ze stawką za godzinę stania na ulicy oraz premią za ilość zebranych podpisów. Łukasz Gibała zarzekał się wtedy, że Logiczna Alternatywa nikomu nie płaci. I miał rację. Dziennikarze odkryli, że płaciło zaprzyjaźnione stowarzyszenie, założone przez bliskiego współpracownika Gibały. Czyli już na początku prawie wszystko się zgadzało. Bardziej nie zgadzać poczęło się w momencie, gdy Gibała złożył podpisy w PKW. Podczas ich sprawdzania okazało się, że część z nich jest sfałszowana, część pochodzi od osób spoza Krakowa, część ma nieprawidłowe pesele. Komisarz wyborcza złożyła wtedy zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. I teraz, po 10 latach z tekstu w lovekrakow.pl dowiadujemy się, że prokuratura 1 października umorzyła postępowanie. Powodem umorzenia jest, cyt.: „Jak tłumaczy rzeczniczka krakowskiej prokuratury Oliwia Bożek-Michalec uznano, że społeczna szkodliwość czynu jest znikoma. – Analiza akt sprawy doprowadziła do wniosku, że nie sposób przyjąć, iż w sprawie doszło do naruszenia lub zagrożenia dobra prawnego o charakterze bardzo istotnym, które byłoby w jakiś szczególny sposób chronione przez ustawodawcę. Konkluzja ta jest zaś tym wyraźniejsza, jeśli pod uwagę weźmie się także inne okoliczności – w tym również rozmiar wyrządzonej lub grożącej szkody, która w ogóle nie nastąpiła." Czyli: co prawda może i złożył sfałszowane podpisy, nie można tego wykluczyć, ale nie osiągnął celu w postaci referendum, więc mógł sobie oszukiwać do woli. Tak to rozumiem, i dla mnie to kuriozum. Dodatkowo prokuratura tłumaczy, że przesłuchano kilkaset osób, spośród których tylko kilkadziesiąt zakwestionowało swój podpis, więc to niewielka część z 39 tysięcy. Czyli: co prawda sfałszowano, ale tylko troszkę, więc nie ma się o co obrażać. No i dodatkowo nie powołano w tej sprawie biegłego grafologa, bo nie dość, że długo trzeba by czekać na wyniki jego analiz, to kosztowałyby one 2 miliony złotych. Czyli: skoro nie doszło do referendum, to powołanie biegłego było niezasadne, bo jak udowodniono jedynie niewielka część osób kwestionuje swój podpis, no więc płacenie biegłemu by się nie opłacało.   W kontekście tego, o czym ćwierkają wróbelki, że tym razem Łukasz Gibała lepiej przygotowuje się do referendum o odwołanie Aleksandra Miszalskiego, rozważniej wydaje pieniądze, szuka sojuszników poza swoim najbliższym otoczeniem, dogaduje się z partiami politycznymi – umorzenie postepowania tylko pokazuje mu, że cel uświęca środki. Mnie zaś pokazuje, że jednak żyjemy w państwie z dykty i kartonu, gdzie możesz chcieć wywrócić demokratyczny wynik wyborów opłacając go sobie i fałszując rzeczywistość, a instytucje państwowe powiedzą: nic się takiego wielkiego nie stało, dłub sobie kochanieńki ten projekcik dalej.

Więcej…

Stadion Wisły do rozbiórki. W jego miejsce powstanie jeszcze większy obiekt? [WIZUALIZACJA]

Stadion Wisły do rozbiórki. W jego miejsce powstanie jeszcze większy obiekt? [WIZUALIZACJA]

20 listopada 2025 | 10:53

To koniec stadionu Wisły Kraków przy ul. Reymonta 22? Tego chce właściciel klubu, Jarosław Królewski. Jego zdaniem obecny obiekt powinien zniknąć z powierzchni ziemi, a w jego miejsce miałby powstać nowy, większy stadion. Co więcej, powstały już nawet pierwsze wizualizacje, pokazujące, jak mogłaby wyglądać nowa arena. W rozmowie, którą opisuje portal Stadiony.net, Królewski nie pozostawia złudzeń. Mówi, że jest zwolennikiem zburzenia obecnego obiektu. Podkreśla, że stadion stał się niefunkcjonalny już na etapie budowy, która była prowadzona fragmentami, bez jednolitej koncepcji architektonicznej. Jak zaznacza, Kraków zasługuje na nową arenę. Taką, która mogłaby pomieścić około 50 tysięcy widzów i stać się miejscem nie tylko rozgrywek piłkarskich, ale także koncertów i dużych wydarzeń kulturalnych. Według Królewskiego stadion nie spełnia także podstawowych założeń biznesowych. Problemy z cateringiem, niewystarczające zaplecze komercyjne i brak możliwości generowania satysfakcjonujących przychodów sprawiają, że obiekt „nie pracuje na siebie”, a jego utrzymanie bardziej obciąża klub niż mu pomaga. Plan tymczasowy: przejęcie zarządzania Właściciel Wisły nie ukrywa jednak, że zanim będzie można myśleć o budowie nowego stadionu, klub chciałby przejąć zarządzanie obecnym obiektem. Królewski uważa, że Wisła byłaby w stanie wykorzystać stadion efektywniej niż obecny zarządca miejski, organizując na nim więcej wydarzeń i zwiększając przychody zarówno klubu, jak i miasta. To rozwiązanie ma być krokiem przejściowym, próbą pokazania, że stadion można eksploatować w sposób bardziej ekonomiczny i przemyślany. Dopiero później miałby przyjść czas na większe decyzje dotyczące ewentualnej rozbiórki. Koncepcja wyburzenia wraca jak bumerang Pomysł zburzenia stadionu Wisły nie jest nowy. Od lat wraca jak bumerang, a coraz częściej mówi się o nim także wśród krakowskich radnych. Część z nich wprost twierdzi, że obecny obiekt to „studnia bez dna”, pochłania gigantyczne środki, a jego funkcjonalność pozostawia wiele do życzenia. Stadion kosztował miasto setki milionów złotych, a mimo to nadal generuje ogromne wydatki związane z bieżącym utrzymaniem. Jednocześnie Wisła, wynajmując obiekt na mecze, ponosi bardzo wysokie koszty, co zdaniem wielu radnych i kibiców obniża konkurencyjność klubu i utrudnia jego stabilizację finansową. Nowa wizualizacja Portal Stadiony.net przygotował nawet wizualizację nowego stadionu Wisły. Według niej, obiekt mógłby prezentować się imponująco: nowoczesna bryła, nowoczesne trybuny i pełne zaplecze komercyjne. Arena miałaby być miejscem przyjaznym zarówno dla kibiców, jak i dla organizatorów koncertów i dużych wydarzeń kulturalnych, wpisując się w wizję Krakowa jako miasta sportowo-kulturalnego. źródło: stadiony.net  Przyszłość Reymonta 22 pod znakiem zapytania Choć wizja Królewskiego wydaje się atrakcyjna, jej realizacja wymagałaby ogromnych nakładów finansowych oraz szerokiego porozumienia na linii klub–miasto. Debata zapewne jeszcze długo będzie dzielić zarówno kibiców, jak i mieszkańców Krakowa, którzy pamiętają, jak kosztowna była poprzednia modernizacja stadionu. Jedno jest pewne: temat stadionu Wisły Kraków znowu znalazł się w centrum lokalnej debaty, a jego przyszłość może stać się jedną z najważniejszych kwestii infrastrukturalnych w mieście w nadchodzących latach.

Więcej…

"Nie wkurzaj mnie. Nie ma że boli. Będzie z tobą jechane do końca"

"Nie wkurzaj mnie. Nie ma że boli. Będzie z tobą jechane do końca"

18 listopada 2025 | 15:18

Nowa Huta. Podchodzi do was pobudzony typ w dresie. Nie taki z pierwszej łapanki. Wiadomo o nim, że miał już na sumieniu bójki, współpracę z kryminalistami, uderzenie kobiety, groźby wobec dziennikarza tak poważne, że ten musiał uciekać z rodziną. I ten typ mówi: "Mówiłem, żebyś mnie nie wkurzał, bo to się źle dla ciebie skończy. Nie wkurzaj mnie. Nie ma że boli. Będzie z tobą jechane do końca." Nie, to nie scena z tandetnego filmu sensacyjnego. To właśnie słowa tego pobudzonego typa, współtwórcy Rynku Krowoderskiego, Mateusza Jaśki, kierowane do prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego i szefa krakowskiej PO Szczęsnego Filipiaka. Ot, lokalny koloryt? Wygłupy błazna? Kolejny nakręcony hejter? Można by zbagatelizować – w końcu kto nie lubi odrobiny pikanterii w szarej codzienności. Ale Mateusz Jaśko to nie jest postać z kreskówki. Gość ma wyrok w zawieszeniu, kilka innych spraw na koncie (formalnie już “zatartych”), ale jego przeszłość jest jednoznaczna: bójki, uderzenie kobiety, współpraca z kryminalistami i kibolskim półświatkiem, próby wręczenia łapówki, zastraszanie dziennikarzy. Mateusz J. nie ukrywał, że działał na zlecenie innych osób z przeszłością kryminalną. Sąd pierwszej instancji ustalił także, że J. w ramach swojej działalności współpracował z pseudokibicami Wisły, a to się kojarzy jednoznacznie – mówił nam sędzia Tomasz Szymański, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Tutaj możecie przeczytać cały wywiad: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] Śmiech z lokalnych błaznów może poprawiać samopoczucie, dopóki nie okazuje się, że ten "żartowniś" ma w ręku nie tylko dres, ale też realną siłę zastraszania, doświadczenie w przemocy i kontakt z przestępcami. To nie jest zabawa. To nie jest folklor.  Fajnie się ogląda hejterów z bezpiecznej odległości. Dopóki nie odkryjesz, że ich „żarty” mają wagę pięści i groźb. Można się śmiać, kręcić głową i mówić „to tylko lokalny błazen”. Tylko że ten błazen nie występuje na scenie, a chodzi po ulicach.

Więcej…

"Miałem kiedyś przyjemność z tymi panami. Dopadli mnie, gdy szedłem do toalety"

"Miałem kiedyś przyjemność z tymi panami. Dopadli mnie, gdy szedłem do toalety"

18 listopada 2025 | 11:06

– W klubie Łukasza Gibały są radni, którzy nie skalali się pracą odkąd zostali radnymi. Tam są radni, którzy do końca nie wiadomo, gdzie pracują, bo w oświadczeniu majątkowym jest jedno, a wszyscy wiemy, że polewają piwo w knajpie… – powiedział Grzegorz Stawowy, radny PO, w dzisiejszej rozmowie w Głos24. W rozmowie z red. Marzeną Gitler odniósł się do medialnego zaplecza Łukasz Gibały, czyli portalu Krowoderska oraz do „kolesiostwa”.  Wybraliśmy najlepsze cytaty: – To jest portal typowo hejterski. Nie spotkałem materiału, bo oni kogokolwiek z Platformy za cokolwiek pochwalili. To jest portal ludzi, którzy nie są w stanie niczego pozytywnego wygenerować. Miałem kiedyś przyjemność z tymi panami… jak mnie dopadli z telefonami komórkowymi, jak szedłem do toalety i zaczęli mnie pytać o moje oświadczenie majątkowe z trzech lat do tyłu. Następnie zrobili z tego materiał, że to są pieniądze od dewelopera. Nigdy tego nie sprawdzili. Nigdy nie zadali sobie trudu, aby to zrobić. – Wynajdują poszczególne osoby i je atakują. Jest taka radna Anna Bałdyga. Została radną pracując w korporacji amerykańskiej i natychmiast po wygraniu wyborów korporacja chciała ją zwolnić. Jak rada miasta nie wyraziła zgody, dochodziło do zwykłego nękania. Ona, jako matka dwójki przedszkolaków, zaczęła być wzywana do Warszawy, zmieniono jej tryb pracy ze zdalnej na stacjonarną, zaczęto ją kontrolować, sprawdzać jej harmonogram sesji i komisji… Doszło do sytuacji, że musiała się zwolnić w pracy. W ramach konkursu dostała pracę na szeregowym stanowisku w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, czyli w jednostce publicznej. I proszę mi powiedzieć, gdzie mają pracować? Jeśli prywatna firma sobie nie życzy… Jest jeszcze jedna taka radna, która kiedyś dostawała najwyższe oceny w swoim miejscu pracy, a odkąd została radną spadła do jednego z najgorszych pracowników. A zmieniło się tylko to, że została radną. Firmy międzynarodowe, prywatny biznes, nie chce mieć u siebie radnych. Nie chce mieć polityków, ponieważ oni szkodzą na przykład w postępowaniu o środki unijne, bo jest obawa, że ktoś dojdzie do wniosku, że jakaś firma jest powiązana politycznie. Grzegorz Stawowy i Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik – Proszę zwrócić uwagę, co się dzieje w klubie PiS. Tam 2/3 osób pracuje w jednostkach publicznych. Dlaczego Krowoderska, która atakuje za to Platformę, KO, nie wytyka tego radnym PiS? Dlaczego Krowoderska nie wytyka radnym Łukasza Gibały, że połowa z nich nigdzie nie pracuje? W klubie Łukasza Gibały są radni, którzy nie skalali się pracą odkąd zostali radnymi. Są radni, którzy żyją tylko z wynajmu mieszkań, czyli z rentierstwa. Tam są radni, którzy do końca nie wiadomo, gdzie pracują, bo w oświadczeniu majątkowym jest jedno, a wszyscy wiemy, że polewają piwo w knajpie… Jeżeli to byłby obiektywny portal, który patrzy na ręce władzy, to zrobiliby analizę wszystkich. Czy widziała pani jakikolwiek materiał o ludziach z PiS lub Łukasza Gibały? – To jest instrument walki politycznej Łukasza Gibały z Aleksandrem Miszalskim. I te działania podejmowane przez tych panów są wymierzone tylko i wyłącznie w Miszalskiego i jego otoczenie. – Ja sobie nie przypominam ani jednego materiału o radnych z PiS, którzy pracują w spółkach Skarbu Państwa… Nawet ci najbardziej atakujący radni z PiS zasiadali w radach nadzorczych spółek. I to im nie przeszkadzało. Ludziom z Krowoderskiej też to nie przeszkadzało. Ale to, że Anna Bałdyga jest na szeregowym stanowisku w GDDiA, im bardzo przeszkadza. Nie wiem, w czym przeszkadza im młoda matka dwójki dzieci i musi się z czegoś utrzymywać. Całe nagranie dostępne jest tutaj:

Więcej…

Ulalaa! Co za dziewczyna! Na co dzień spotkacie ją na krakowskim lotnisku

Ulalaa! Co za dziewczyna! Na co dzień spotkacie ją na krakowskim lotnisku

17 listopada 2025 | 18:26

Izabela Kudła – na co dzień spokojna, profesjonalna i zawsze czujna funkcjonariuszka Służby Ochrony Lotniska Kraków Airport – poza służbą zamienia mundur na strój startowy i pokazuje światu, czym jest determinacja. I zrobiła to właśnie teraz, i to jak! 3. miejsce na Mistrzostwach Świata IFBB w Hiszpanii – sukces, który budzi ogromny szacunek.           Wyświetl ten post na Instagramie                       Post udostępniony przez Izabela Kudła (@iz_bellllaaa) A gdzie możecie spotkać naszą mistrzynię? Najczęściej tam, gdzie dba o bezpieczeństwo pasażerów, czyli przy kontroli bezpieczeństwa w terminalu. I choć pracuje z pełnym profesjonalizmem, trudno nie pomyśleć: „Oho, to ta dziewczyna z podium Mistrzostw Świata!”           Wyświetl ten post na Instagramie                       Post udostępniony przez Izabela Kudła (@iz_bellllaaa) Iza udowadnia, że marzenia – jeśli podleje się je pasją, konsekwencją i ciężką pracą – potrafią odlecieć naprawdę wysoko.           Wyświetl ten post na Instagramie                       Post udostępniony przez Izabela Kudła (@iz_bellllaaa)

Więcej…

Strona 2 z 5

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Social Media

Reklama - sidebar

Na fali

  • Majchrowski:

    W nurcie rozmowy

    Majchrowski: "Gibała od 17 lat...

    Informacja
    28 stycznia 2026 | 16:26
  • Ujawniamy plan Koalicji na wypadek odwołania Miszalskiego! To ONA może go zastąpić

    Fala faktów

    Ujawniamy plan Koalicji na wypadek...

    Informacja
    30 stycznia 2026 | 07:11
  • Odszedł nagle i niespodziewanie. Teraz buduje nową siłę polityczną

    Fala faktów

    Odszedł nagle i niespodziewanie. Teraz...

    Informacja
    13 stycznia 2026 | 06:00

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.