Przeczytasz w 2-3 minuty
fot. Łukasz Michalik / pixabay

Konfederacja chce, by radni głosowali od razu po dyskusji nad każdym punktem, a nie hurtem na końcu sesji. Na papierze brzmi to jak powiew zdrowego rozsądku. W praktyce? To jak przestawianie zegarka w pokoju, w którym od dawna nikt nie patrzy na godzinę.

Konfederacja złożyła petycję, by radni głosowali zaraz po dyskusji nad danym punktem, a nie w jednym wielkim bloku na końcu sesji. I w sumie… ma sens! Oczywista sprawa. Logika sama się prosi.

Ale zaraz, zaraz… Ideologiczne pomysły to jedno, a życie to drugie. Bo jak naprawdę wyglądają głosowania w radzie miasta? Radni wiedzą, jak zagłosują jeszcze zanim dyskusja się zacznie. Decyzje zapadają na posiedzeniach klubów, przy kawie, między kanapką a przeglądaniem telefonu. A jeśli ktoś nie do końca wie, nad czym głosuje, spokojnie – zawsze można zerknąć na sąsiada z klubu i zrobić dokładnie to samo. Problem rozwiązany.

Sesja Rady Miasta Krakowa / fot. Łukasz Michalik

Po co więc ta cała dyskusja podczas sesji? Po co to wykrzykiwanie z mówiący? Po co wielkie erystyczne show? To teatrzyk dla lokalnych mediów i kilkudziesięciu mieszkańców, którzy oglądają transmisję sesji w internecie. No i jeszcze – co bardzo ważne – by powycinać sobie fajne shorty na media społecznościowe.

Tak więc, czy naprawdę zmiana kolejności głosowania coś zmieni? Nie zmieni. Bo problem nie tkwi w tym, że radni głosują w bloku na końcu sesji. Problem tkwi w tym, że część radnych… nie wie nawet, nad czym głosuje. Nie wiedzą, bo nie muszą wiedzieć. Mają kolegę z klubu, który „zna temat”, i po prostu kopiują jego decyzję. To nie jest wymysł, to codzienność.

Tak kosmetyczne poprawki, jak zmiana momentu głosowania, mogą wyglądać ładnie w petycji, w mediach, na Facebooku. Ale prawdziwa zmiana nie przyjdzie od tego, że głosowanie odbędzie się tuż po dyskusji. Prawdziwa zmiana wymaga przewartościowania całej „klasy politycznej” – radnych, którzy traktują sesje jak formalność, którzy wybierają zgodnie z klubowymi dyrektywami, a nie własnym rozumem.

Prawda jest taka, że dziś moglibyśmy skrócić sesje wyłącznie do bloku głosowań. Do formalności. Bo dopóki cały samorząd pozostaje tak mocno upolityczniony i tak wygodny dla schematów partyjnych, dopóty kosmetyczna zmiana w rodzaju „głosujemy od razu po omawianym punkcie” będzie tylko pozornym ruchem.

Radni PiS. Do lewej: Mariusz Kękuś, Michał Drewnicki i Włodzimierz Pietrus / fot. Łukasz Michalik

Czy to jest normalne? – zapyta jakiś oburzony mieszkaniec. "Normalne" może nie, ale na pewno powszechne. A powszechne nie znaczy, żę wartościowe. Jedzenie w McDonald’s też jest powszechne, ale chyba nikt nie powie, że jest zdrowe. Podobnie powszechny teatr w radzie miasta nie staje się nagle wartościowym doświadczeniem obywatelskim.

Więc tak, pomysł Konfederacji ma sens. W teorii.

W praktyce najważniejsze jest nie to, kiedy radni wcisną przycisk, ale to, żeby przestali być kukiełkami w rękach partyjnych układów. Dopóki tego nie zmienimy, każda „kosmetyczna” zmiana będzie jak przestawienie fotela na statku tonącym w politycznych schematach. I nawet najlepsze petycje nic tu nie zdziałają.

Chyba, że ktoś wreszcie zacznie patrzeć radnym na ręce, zanim wcisną przycisk.

ZOBACZ TAKŻE: Nowy władca prawicy w Krakowie. Przystojny, ambitny, nie do powstrzymania

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

To pomaga nam zarabiać. Nie każdy w Krakowie może liczyć na bogatego tatę.

Czytaj także