Jeszcze kilka miesięcy temu był jednym z wielu lokalnych działaczy, znanym w bardzo wąskim kręgu prawicowców. Dla pozostałych – polityczny nołnejm. Dziś coraz śmielej mówi się, że to on może rozdawać karty po prawej stronie krakowskiej, a może i ogólnopolskiej sceny politycznej. Piotr Bartosz nie ukrywa ambicji i coraz mniej osób ma wątpliwości, że jego polityczny marsz dopiero się rozpędza.
Trampoliną do jego kariery ma być oczywiście referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa. W praktyce już nią jest. Bo choć wciąż nie wiadomo, czy referendum w ogóle się odbędzie, Bartosz stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy tej inicjatywy.
Nowa gwiazda prawej strony sceny
Piotr Bartosz wyrasta na jedną z najbardziej wyrazistych postaci krakowskiej polityki. Ma 40 lat. Z zawodu jest technikiem elektronikiem. Prywatnie mąż i ojciec.
Od 2020 roku prowadzi własną działalność gospodarczą w branży budowlanej. Jednak to nie biznes, a polityka wydaje się jego prawdziwą pasją. I, sądząc po tempie działań, także długofalowym planem na przyszłość.
Od 2015 roku konsekwentnie buduje swoją pozycję w środowiskach narodowych. Dziś jest liderem krakowskich struktur Ruchu Narodowego. Jak mówią jego sympatycy – „pracowity i zdeterminowany”. Jak podkreślają przeciwnicy – „ambitny aż za bardzo”. Jedno jest pewne: obok jego nazwiska trudno przejść obojętnie.
Polityczna trampolina na czterech kołach
W 2023 roku startował w wyborach do Sejmu z list Konfederacji. Uzyskał 0,33 procent głosów. Wynik daleki od spektakularnego.
Szerokiej publiczności dał się jednak przede wszystkim poznać jako twarz protestów przeciwko Strefie Czystego Transportu. Jako przewodniczący komitetu społecznego „Kraków dla Kierowców” współtworzył inicjatywę uchwałodawczą mającą na celu uchylenie miejskich regulacji. Transparenty, konferencje prasowe, wystąpienia... Bartosz szybko odnalazł się w roli lidera ulicznego sprzeciwu.
Dla jednych stał się obrońcą kierowców, dla innych – sprawnym politycznym strategiem, który wyczuł społecznie nośny temat.
To nie był przypadek. On wiedział, że SCT to paliwo polityczne. Buduje swoją karierę na konflikcie. Im większe emocje, tym lepiej dla niego.
– mówi nam jeden z miejskich radnych.
Następca z ambicjami
W krakowskich kręgach prawicowych coraz częściej pojawia się pytanie, czy to właśnie on ma stać się naturalnym następcą Konrada Berkowicza – dotychczas jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci tego środowiska. Skompromitowanego (nie tylko kradzieżą patelni z IKEA) polityka mógłby więc zastąpić nowy, mniej kontrowersyjny, a przy tym chyba nawet bardziej wyrazisty lider.
Dynamiczny, konsekwentnie budujący własną markę Bartosz zdaje się mieć apetyt na więcej niż tylko rolę lokalnego działacza. On bardzo chce wejść w buty Berkowicza. A może nawet w większe. Jeśli ktoś myśli, że to tylko lider protestu od samochodów, to się grubo myli. On celuje w parlament.
– słyszymy od jednego z politycznych wyjadaczy.
Mężczyzna jak z plakatu
Nie bez znaczenia pozostaje wizerunek. Wysoki, przystojny, zawsze starannie ubrany. Zarówno na żywo jak i w mediach społecznościowych prezentuje się jak polityk nowej generacji. Taki, który wie, że dziś bardziej niż program liczy się prezencja.
On wygląda jak z plakatu wyborczego jeszcze zanim kampania się zacznie. Czasem mam wrażenie, że w tym wszystkim więcej jest marketingu niż idei.
– śmieje się jeden z działaczy.
Z pomocą przyszedł Gibała
Kraków od lat jest sceną ostrych sporów ideowych. Tu ścierają się wizje miasta otwartego i progresywnego z narracją o „obronie tradycji” i sprzeciwie wobec kolejnych zmian. To również przestrzeń, w której – paradoksalnie – stosunkowo łatwo wypłynąć. Wystarczy wyrazisty temat, mocne hasło i determinacja, by przebić się do medialnego obiegu. A sprzeciw bywa paliwem wyjątkowo wydajnym.
Bartosz zdaje się doskonale to rozumieć. A dzisiejszy klimat polityczny w mieście sprzyja tym, którzy chcą wjechać z impetem do wielkiej gry. W dużej mierze to efekt działań Łukasza Gibały. Niepogodzony z porażką w wyborach polityk od 17 lat próbuje zdobyć miejsce w Pałacu Wielopolskich.
ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]
Skoro trzykrotnie przegrał wybory, postanowił kolejny raz spróbować odwołać urzędującego prezydenta w drodze referendum. Wcześniej nie udało mu się to wobec Jacka Majchrowskiego, bo wśród złożonych przez Gibałę podpisów, PKW i prokuratura doszukały się kilkudziesięciu tysięcy sfałszowanych.
ZOBACZ TAKŻE: Referendalna hucpa Gibały, sfałszowane podpisy i kompromitacja prokuratury
Teraz celem stał się Aleksander Miszalski.
A takie buntownicze akcje wymierzone w rządzących, od lat stanowią naturalne środowisko wzrostu dla środowisk narodowych i szerzej rozumianej skrajnej prawicy.
Polityka na paliwie sprzeciwu
Na horyzoncie pojawiła się więc akcja referendalna, a dla tak ambitnego polityka jak Bartosz to sytuacja niemal modelowa. Wyraźny przeciwnik, konkretne emocje społeczne i możliwość ustawienia się w roli lidera „obywatelskiego sprzeciwu”.
Prezydent Miszalski objął w zeszłym roku patronatem Paradę Równości, co było dla nas dziwne i niedopuszczalne. (...)Na pewno też do zmiany jest sposób pełnienia urzędu, bo widać, że prezydent Miszalski trochę nie dorósł do tego stanowiska. Ja rozumiem, że żyjemy w XXI wieku, w dobie cyfryzacji i mediów społecznościowych, które poniekąd wymuszają na politykach, żeby brać w nich czynny udział. Natomiast nagrywanie głupich tiktoków nie sprawia, że ludzie takiego prezydenta traktują poważnie.
– mówił lider Ruchu Narodowego w wywiadzie dla KRKnews: Piotr Bartosz o referendum: "Nawet Tusk z Trzaskowskim nie pomogą Miszalskiemu".
Bo w polityce lokalnej, podobnie jak w ogólnopolskiej, łatwiej przebić się na fali negacji niż poprzez żmudne budowanie kompromisów.
Referendum to dla niego polityczne złoto. Może znów stanąć na czele gniewu.
– ocenia jeden z radnych.
Nie jest tajemnicą, że środowiska narodowe i szerzej rozumiana skrajna prawica w Polsce od lat budują swoją popularność właśnie na sprzeciwie: wobec elit, instytucji i kolejnych reform. Mechanizm jest prosty: im większe niezadowolenie, tym większa przestrzeń do zagospodarowania. Hasło „nie” bywa bardziej nośne niż skomplikowane „jak”.
Referendum. Trampolina czy test dojrzałości?
Czy więc referendum stanie się dla Bartosza kolejną trampoliną? W mieście, w którym emocje polityczne łatwo się rozpalają, a debata szybko przeradza się w spór, taka strategia może przynieść szybkie efekty. Pytanie tylko, czy na dłuższą metę wystarczy sama energia sprzeciwu, czy też wyborcy zaczną oczekiwać czegoś więcej niż konsekwentnego „nie”.
Pytanie nie brzmi już natomiast, czy Piotr Bartosz ma ambicje (bo te widać gołym okiem), ale jak daleko one sięgają.
ZOBACZ TAKŻE: PiS wyciągnie asa z rękawa? To ON może zasiąść w fotelu prezydenta Krakowa






















