W Tłusty Czwartek, kiedy naród tonie w lukrze, a cholesterol rośnie szybciej niż sondaże w PowerPoincie, na ulice Krakowa wyruszył on – Łukasz Gibała. Z przylepionym uśmiechem numer 74 (bo poprzednie 73 najwyraźniej nie przeszły focusów) rozdawał mieszkańcom pączki. Kampania wyborcza trwa więc w najlepsze. A raczej: w najsłodsze.
Tylko po co radny rozdaje pączki?
Wyobrażam sobie te narady:
– Panie Łukaszu, trzeba wyjść do ludzi.
– To może z projektem uchwały?
– Nie, nie, broń Boże. Z pączkiem.
I tak oto radny stoi na ulicy jak żywy roll-up z marmoladą i rozdaje kalorie w imię demokracji. Jest sztuczny uśmiech. Jest lukier. Jest zdjęcie na Facebooka.
Najlepsze jest to, że ten uśmiech – ten legendarny, kampanijny uśmiech – wyglądał jakby ktoś go przykleił taśmą dwustronną.
A przecież pamiętamy, że Gibała miał przeszłość w partii Janusza Palikota. A tam, jak wiemy, polityczny performance bywał bardziej ekspresyjny niż parada smoków. Palikot chodził kiedyś z wibratorem, świńskim łbem czy pistoletem, robiąc z polityki kabaret w wersji bez cenzury. Więc pytanie brzmi: co dalej?
Dziś pączek. Jutro może gofrownica na Plantach? Pojutrze wata cukrową przed magistratem?
A jak i tego będzie mało, to Gibała zacznie uszczęśliwiać krakowian wibratorem?
Absurd polega na tym, że zamiast rozmowy o konkretach, dostajemy festyn. Zamiast wizji – lukier. Zamiast planu dla miasta – nadzienie różane.
ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem
Bo jeśli polityka ma polegać na rozdawaniu pączków, to ja poproszę dwie sztuki: jedną z marmoladą, a drugą z programem. Tę drugą, jak dotąd, od Gibały dostać najtrudniej.






















