Niby z nami nie gada. To znaczy: na serio nie gada. Niby nas ignoruje. Niby nie zauważa. A tu proszę! Okazuje się, że Łukasz Gibała pała do nas jakimś uczuciem. A już na pewno – i to jest fakt – bardzo się z nami liczy.
Nie tak dawno dostaliśmy na Facebooku odznakę „lidera wśród fanów” pana Łukasza. Niby drobiazg. Niby nic wielkiego. Ale jednak człowieka to cieszy. Bo odznaki nie biorą się znikąd. Ktoś musi patrzeć, czytać, reagować. Nawet jeśli oficjalnie „nie gada”.

To jednak, co wydarzyło się dziś, ucieszyło nas jeszcze bardziej.
Rano opublikowaliśmy tekst, w którym napisaliśmy wprost, że Łukasz Gibała desperacko walczy o podpisy, że gra toczy się o honor referendum, a zbiórka wcale nie idzie tak dobrze, jak próbują przekonywać jego współpracownicy. Że trzeba było wydłużyć godziny funkcjonowania biura. Że w ruch poszli emisariusze, wysyłani do ludzi, by ratować sytuację i zbierać podpisy, gdzie się tylko da.
Tekst był konkretny, oparty na informacjach, bez lania wody. Dostępny jest tutaj: Desperacka walka Gibały i Młodzieży Wszechpolskiej o podpisy
I dosłownie kilka minut po publikacji… Łukasz Gibała zareagował.
Tak jakby chciał nam zaprzeczyć. Tak jakby bał się, że ludzie uznają, iż znowu to my stanęliśmy po stronie prawdy. Tak jakby nie mógł zostawić tego bez odpowiedzi.
I proszę bardzo: pojawia się post. Że wcale nie jest źle. Że jest wręcz wyśmienicie. Że wszystko idzie zgodnie z planem, a podpisy same niemal spływają szerokim strumieniem.
Przypadek?
Oczywiście. Zawsze „przypadek”.
My nie twierdzimy, że pan Łukasz czyta każdy nasz tekst. Nie twierdzimy, że nerwowo odświeża stronę i czeka, co znów napiszemy. Broń Boże. Ale fakty są uparte: publikujemy tekst – jest reakcja.
I to jest chyba najlepsze podsumowanie naszej roli.
Skoro polityk, który rzekomo nas nie zauważa, reaguje szybciej niż jego sztab to znaczy, że jednak warto czytać, co piszemy. A skoro reaguje nerwowo to znaczy, że trafiamy tam, gdzie boli.
Na koniec więc tylko jedno: Panie Łukaszu, skoro już się Pan z nami liczy, to proszę się nie krępować i zgodzić się na rozmowę. Autoryzowaną, oczywiście. My zadamy pytania, Pan odpowie. Prosto, jasno, bez gierek.
Ale prosimy bez klasycznego manewru: „proszę kontaktować się z panią od PR-u” albo „proszę przesłać pytania mailem”. Nie. Porozmawiajmy normalnie. Twarzą w twarz. Bez pośredników, bez bezpiecznych buforów, bez wycinania niewygodnych tematów.
Czy stać Pana na taką awangardę?






















