Reklama polityczna
„Uważam całą tę strukturę rodziny Gibałów za strukturę quasi-mafijną”
Reklama polityczna

– Jak można usłyszeć na mieście, Gibałowie opłacali wszystkich: dziennikarzy, aktywistów, urzędników, służby skarbowe, prokuratorów, sędziów… Ja uważam całą tę strukturę rodziny Gibałów za strukturę quasi-mafijną – uważa profesor Jacek Majchrowski. W swojej książce "Byłem prezydentem miasta Krakowa" opisuje niemal 22 lata swojego urzędowania.

Poniżej prezentujemy kilka fragmentów wywiadu-rzeki, który ukazał się we wrześniu.

***

Zdziwiłem się, że ani dziennikarze, ani – o zgrozo – służby skarbowe nie zajęły się finansami kandydata na prezydenta. Z plotek, które słyszałem, odpowiednie organy miały różnego rodzaju dokumenty i trzymały je w szufladzie. Dopiero nowy szef Krajowej Administracji Skarbowej kazał im się tym zająć. Czekam więc na efekty tych działań.

Jak można usłyszeć na mieście, Gibałowie opłacali wszystkich: dziennikarzy, aktywistów, urzędników, służby skarbowe, prokuratorów, sędziów… Ja uważam całą tę strukturę rodziny Gibałów za strukturę quasi-mafijną. Jeżeli pan pożycza pieniądze na inwestycje, to bierze pan kredyt. Jeżeli pożycza pan od ojca, to tak działa mafia, bo pieniądze pożycza się w rodzinach mafijnych.

Proszę też zwrócić uwagę, że on się odcinał od tatusia, który pożyczył mu bagatela 250 milionów złotych. Odcinał się od brata, który prowadzi działalność związaną z deweloperką. Mnie zarzucał, że to ja się kontaktowałem z deweloperami, chodziłem na ich pasku. A on nie musi się z nimi kontaktować, bo jest w rodzinie związanej z deweloperką. Inni deweloperzy nie są mu więc potrzebni.

Motywem przewodnim walki o zwycięstwo w wyborach stało się właśnie betonowanie miasta. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że powiedzenie komuś, że sprzyja deweloperom, było bardziej obraźliwe niż zwyzywanie go od najgorszych, niedouczonych, nieudaczników.

O, i na tym przykładzie doskonale widać, jak z pewnych rzeczy, które są całkowicie normalne, można zrobić coś obraźliwego. W pewnym momencie sztab Gibały uznał nawet, że słowo „deweloper” jest za słabe i zmienił nazewnictwo na „patodeweloper”, nie precyzując, czym ten patodeweloper jest. Można więc dopytać: Czy powiązanie z deweloperką poprzez posiadanie ponad 30 spółek deweloperskich jest już patodeweloperką, czy nie? Czy posiadanie ponad 50 działek pod zabudowę jest już patodeweloperką, czy nie? Czy zajmowanie się finansowaniem deweloperów jest już patodeweloperką, czy nie? Bo jeśli tak, to znaczy, że rodzina Gibałów sama wypełnia znamiona patodeweloperów.

A o tym, że sam Łukasz Gibała ma zapędy deweloperskie, świadczy choćby fakt, że obiecywał w kampanii, że jak zostanie prezydentem, to miasto wybuduje dziesięć tysięcy mieszkań socjalnych, co nawet sami deweloperzy uważają za całkowicie nierealne, bo takich dużych terenów pod zabudowę mieszkaniową w Krakowie po prostu nie ma, nie mówiąc o gigantycznych kosztach ewentualnego wykupu terenów. Jak ktoś obiecuje budowę dziesięciu tysięcy mieszkań w jednej kadencji, to nie wie, o czym mówi. Miasto ma trochę działek, ale część jest przeznaczona pod zieleń. Pozostałe to działki, na których można wybudować jeden blok mieszkalny, czyli – jeśli będzie on dostatecznie duży – wejdzie tam maksymalnie 100 mieszkań. To oznacza, że takich bloków miasto musiałoby wybudować 100! Czy gmina ma więc stać się deweloperem i budować mieszkania? A może pan Gibała chciał zabudować Błonia i tam postawić wielkie osiedle mieszkań socjalnych? Jak słyszę takie irracjonalne rzeczy, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Na tym konkretnym przykładzie bardzo precyzyjnie widać, że Gibała – jako populista – nie ma pojęcia, o czym mówi. I tak jest naprawdę w wielu aspektach. Mogłaby powstać cała książka na temat głupot, które wygadywał i nadal wygaduje podczas swojej politycznej działalności.

Tę rozpoczął w PO, był szefem krakowskich struktur tej partii i był jej posłem. Po konflikcie o władzę w krakowskich strukturach przeszedł do Ruchu Palikota… 

Jestem przyzwyczajony do tego, że politycy zmieniają barwy i idą tam, gdzie dostają lepsze warunki czy miejsce na liście. Dobrym przykładem jest choćby Małgorzata Jantos, która do każdych wyborów szła z kimś innym: Platformą, Nowoczesną, moim komitetem, a ostatecznie przeszła do Gibały, w myśl zasady „nowe ugrupowanie, nowa ja”. Ona zawsze chciała być w obozie rządzącym. Kiedyś na moje biurko trafiła nawet jej oferta, w której aplikuje na stanowisko mojego zastępcy do spraw kultury [JM wyciąga pismo od Małgorzaty Jantos datowane na 1 lipca 2015 roku – dop. autor]. O, jak pan widzi, zaczyna się od słów: „Niniejszy list jest moją ponowioną ofertą, rozbudowaną o fakty".

No i w tych faktach pani Jantos pisze o swoim wykształceniu, nagrodach i wyróżnieniach czy znaczących wydarzeniach życiowych. Na kolejnej stronie przedstawia swoje walory, gdzie pisze między innymi: „Jestem w średnim wieku, co będzie po kadencji trzydziestoparolatków – dobrym zwrotem ku starzejącemu się społeczeństwu Krakowa. Teraz zapytamy się 40+, 50+ - czy im odpowiada oferta kulturalna mista”, „Mam w sobie entuzjazm” czy „Nie spóźniam się” [pisownia oryginalna – dop. autor]. Później pojawiają się wady autorki listu. Zacytujmy kilka, także zachowując oryginalną pisownię: „Jestem (niekiedy) pyskata”, „Bywam złośliwa, ale wciąż mam nadzieję, że złośliwa, a nie chamska”, „W gruncie rzeczy nie potrafię walczyć o swoje miejsce. Patrzę na młodych i im zazdroszczę”. Ta ostatnia „wada” opatrzona jest dopiskiem: „patrz moje miejsce w polityce – kiepsko”.

Ja jednak nie odnoszę wrażenia, że pani Jantos nie potrafi się ustawić w polityce. W ostatnich wyborach, w których poszła razem z Gibałą, jednak przestrzeliła, bo z list jego ugrupowania nie dostała się do rady miasta. Innym przykładem polityka, który zawsze chce się przykleić do obozu władzy jest Michał Starobrat. Najpierw był radnym Nowoczesnej, a gdy sondaże pokazywały, że wybory na prezydenta wygra Gibała, to poszedł do jego ugrupowania, opowiadając po mieście, że chce być w obozie zwycięskiego prezydenta. Koniec był taki, że popierany przez Starobrata kandydat jednak prezydentem nie został.

Koleżanka Gibały z ław poselskich, Anna Grodzka, powiedziała mi kiedyś: „W moim przekonaniu rządzenie Krakowem to jego plan już od dawna. To, co robił, gdy jeszcze był posłem Ruchu Palikota, wskazywało, że chce być prezydentem. Był wyraźnie skoncentrowany na tym, żeby podważać autorytet obecnego prezydenta i żeby budować krakowskie struktury, które by go wspierały. Wszystko, co robił, było skoncentrowane wokół Krakowa. Ale nie w sensie troski o krakowian, a zabiegów o popularność i elektorat”.

Zgadzam się z tym w 100 procentach. Mam wrażenie, że on sobie wymyślił, jako ten złoty chłopczyk, że zostanie prezydentem Krakowa. I to usiłuje realizować od wielu lat. Teraz przegrał trzecie wybory na prezydenta Krakowa z rzędu i zaraz po tym ogłosił, że wkrótce podejmie decyzję, co do swojej przyszłości. A ja uważam, że on żadnej decyzji podejmował nie będzie, bo zrobi to za niego tatuś, który wyważy wszystkie za i przeciw i ogłosi synowi, co ma dalej robić. Dla mnie Gibała to jest produkt marketingowy, podstawiony dla załatwiania pewnych celów swojej rodziny, związanej z deweloperką czy handlem alkoholem.

Gibała stracił na tym, że Pan nie wystartował w wyborach i nie mógł Pana bezpośrednio atakować?

Na pewno stracił paliwo, bo jego poprzednie kampanie napędzała krytyka mnie i moich działań. On negował wszystko, co robiłem ja i – jak on to pisał – „urzędnicy Majchrowskiego”. I w kółko powtarzał, że wyczyści cały urząd, że wyrzuci ludzi. W pewnym momencie zorientował się chyba, że takie gadanie odwraca się przeciwko niemu i gdy już widział, że jego notowania w sondażach spadają, to napisał do tych „wstrętnych urzędników” list, uspokajając ich, że ich jednak nie będzie wyrzucał. I że chce dla nich i dla miasta jak najlepiej. Wiem jednak, że urzędnicy nie uwierzyli w jego dobre chęci, bo to mądrzy ludzie. A gdy z kolei się zorientował, że krakowianie mają dość ciągłej krytyki Majchrowskiego i jednak doceniają, co ten Majchrowski zrobił dla miasta, to powiedział w jednym z wywiadów, że nic do mnie nie ma i jeśli mieszkańcy zechcą postawić mi pomnik, to on przetnie wstęgę na jego otwarciu.

Pomyślał Pan wtedy: „Co za pajac”?

(uśmiech)

Książkę Jacka Majchrowskiego "Byłem prezydentem miasta Krakowa" możecie kupić TUTAJ.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także