To nie jest zwykła polityczna dogrywka. Wygląda to nie tylko jak bezczelna próba kupienia sobie Krakowa za gigantyczne pieniądze, ale wręcz jak próba siłowego przejęcia władzy w mieście przy użyciu cyfrowego terroryzmu. Zasady są proste: uczciwy polityk nie może promować na Facebooku posta o budżecie obywatelskim, ale anonimowy troll bez problemu wpompuje majątek w płatny hejt uderzający w wybranego kandydata. Kraków stał się poligonem doświadczalnym dla najgorszych cyfrowych patologii.
To nie jest zwykła walka polityczna na programy, wizje transportu czy pomysły na zieleń. To, co oglądamy w Krakowie przed nadchodzącymi wyborami, to zorganizowany, technologiczny przekręt. Śmierdząca cynizmem operacja, w której algorytmy, wirtualne trolle i bezduszny Big Tech wspólnie demolują proces wyborczy.
Jak donosi TVN24, kandydatka na prezydenta Krakowa Monika Piątkowska została wystawiona na strzał anonimowych farm botów i toczy nierówną walkę – z jednej strony z cyber-nagonką, z drugiej z korporacyjną maszynką, która na tym ścieku bezstresowo zarabia.
Około trzy miliony razy wyświetlone zostały na Facebooku reklamy atakujące kandydatkę KO i PSL na prezydenta Krakowa Monikę Piątkowską. Wpisy, na które ktoś wydał blisko 30 tysięcy złotych, publikowano na kontach stworzonych po lokalnym referendum. Zostały usunięte po naszych pytaniach do firmy Meta, która zakazuje promowania u siebie treści politycznych, ale ich miejsce zajęły nowe.
– donosi TVN24.
Sprawa jest czytelna do bólu: ktoś bezczelnie próbuje wyeliminować konkurencję za pomocą fali obrzydliwych, opłaconych z nieznanych źródeł fałszywek wygenerowanych przez sztuczną inteligencję.
Analiza anatomii ścieku
Dziennikarskie śledztwo, które opublikował Bartłomiej Plewnia w serwisie TVN24, odsłania skalę tej obrzydliwości. Nie jest to kilku domorosłych prześmiewców wrzucających memy. To precyzyjnie zaprojektowana kampania dezinformacyjna:
- Cyber-scenariusz rodem z dystopii: Jak ujawnia portal TVN24, na profilach takich jak „Krakowianka”, „Raport Krakowski” czy „Po krakowsku” publikowano materiały w całości wygenerowane przez sztuczną inteligencję.
- Milionowe zasięgi za anonimową kasę: Redakcja TVN24 ustaliła, że wygenerowane treści obejrzano w internecie około 2,5 do 3 milionów razy, a na płatną promocję wydano do 30 tysięcy złotych. Profile nie miały prawie żadnych obserwujących, ale wpompowane gotówkowo reklamy przebijały się do setek tysięcy Krakowian.
- Polityczny cynizm i bezkarność: Do stron nie przyznaje się żaden sztab. Od prawa do lewa wszyscy nabierają wody w usta. Prof. Marek Bankowicz z UJ w rozmowie z TVN24 celnie punktuje: „Zdecydowanie jest to próba ominięcia przepisów... Państwowa Komisja Wyborcza jest w takich przypadkach bezradna”. Przy ustawowym limicie wydatków na kampanię wynoszącym niespełna 400 tys. zł, finansowanie hejtu „na boku” to po prostu nielegalne doładowanie budżetu i plunder na zasadach fair play.
Cały tekst przeczytacie tutaj: Miliony wyświetleń za pieniądze o niejasnym źródle. Tak się wpływa na krakowskie wybory
A przecież w Krakowie już to przerabialiśmy! Pamiętacie referendum, po którym stanowisko stracił Aleksander Miszalski? Wtedy na prezydenta wylała się dokładnie taka sama rzeka wygenerowanego przez AI szamba. Politycy składali zawiadomienia do prokuratury, śledczy mieli tropić sprawców cyberprzemocy... i co? I absolutnie nic! Zawiadomienia utknęły w próżni, a brak kary podziałał jak zaproszenie do jeszcze większej zbrodni na debacie publicznej. Dziś mamy powtórkę z rozrywki – tylko na masową, brutalniejszą skalę.
Kto korzysta na nagonce?
Gdzie w tym wszystkim jest etyka cyfrowych gigantów? Nie istnieje. Meta, właściciel Facebooka i Instagrama, zachowuje się jak paser, który pobiera opłatę za udostępnienie placu pod handel ukradzionym towarem.
Politolog dr Agnieszka Całek na łamach TVN24 tłumaczy, że unijne rozporządzenie TTPA (mające wymusić przejrzystość reklam politycznych) doprowadziło do tego, że Meta oficjalnie zablokowała możliwość promowania postów politykom. Efekt? Polityczny działacz nie może opłacić… promocji posta o budżecie obywatelskim. Ale kiedy pojawia się anonimowe „konto-krzak”, serwujące wygenerowany przez AI paszkwil uderzający w konkurencję, algorytmy Mety nagle ślepną. Pieniądze są przyjmowane, zasięgi nabijane, a reakcja następuje dopiero wtedy, gdy redakcja TVN24 wysyła oficjalne pytania prasowe!
Co robi Meta? Kasuje reklamy po fakcie, gdy te zdążyły już zainfekować umysły 3 milionów odbiorców. Dwie godziny później powstaje nowy profil o identycznej nazwie i cyrk kręci się dalej.
To dokładnie ten sam obrzydliwy mechanizm, o którym na łamach tygodnika i portalu Do Rzeczy grzmiał Rafał Brzoska. Szef InPostu wypowiedział wojnę gigantowi, punktując, że Meta bez mrugnięcia oka zarabia krocie na przestępczych reklamach wyłudzających pieniądze z użyciem wizerunku znanych osób.
Brzoska, który w przeszłości sam stał się ofiarą fałszywych reklam, przytoczył kilka danych ze wspomnianego raportu. Wynika z nich, że Meta zarobiła w zeszłym roku w Polsce 760 mln złotych dzięki wyświetlaniu tego typu nieprawdziwych treści. To ok. 37 proc. przychodów raportowanych przez polską spółkę i prawie 4 razy więcej niż globalne 10 proc., które Meta wskazuje we własnych opracowaniach.
Biznesmen wskazał również, że reklamy oszukańcze to 10,85 proc. zasięgu wszystkich reklam na platformach Mety w Polsce. 41 proc. tego typu treści w ogóle nie widać w Bibliotece Reklam Mety. Z kolei w szerszym wariancie to blisko 70 proc.
- czytamy w Do Rzeczy.
760 mln zł rocznie‼️
— Rafał Brzoska (@RBrzoska) September 16, 2026
Tyle według publikowanego dziś raportu @fundacjainstrat @Meta mogła zarobić na emisji oszukańczych reklam w Polsce.
To ok. 37% przychodów raportowanych przez polską spółkę Mety i prawie 4 razy więcej niż globalne 10%, które Meta sama policzyła‼️PODAJCIE TĘ… pic.twitter.com/xn7ByWIxJZ
To jest porażający wniosek: Meta nie ma żadnego interesu w zatrzymaniu fali kłamstw, bo na każdym wygenerowanym fejku – czy to finansowym, czy politycznym – spija milionowe prowizje!
Wyrok na krakowskiej demokracji
Komu zależy na tym, by falą obrzydliwych wpisów pokonać konkurencję? Beneficjenci są oczywiści – w politycznej rzeźni na uderzeniu w kandydatkę zyskują jej bezpośredni rywale. Ktoś znów uznał, że Krakowian nie trzeba przekonywać programem, naprawą komunikacji czy miejskimi inwestycjami. Po co? Taniej i skuteczniej jest kupić milion wyświetleń cyfrowych pomyj, obrzydzić błotem i zza węgła zacierać rączki.
Oficjalnie żaden sztab się do tego nie przyzna. Wszyscy zafundują nam festiwal obłudy, rozłożą ręce i powiedzą: „To nie my, to niezależni internauci”. Ale polityczny mechanizm jest przecież prosty: wystarczy zadać jedno podstawowe pytanie – kto ma w tym największy interes? Kto zyskuje, gdy jedna kandydatka traci opływając w pomyjach?
Wygląda to już nie tylko jak próba kupienia sobie Krakowa za gigantyczne pieniądze, ale jak próba siłowego przejęcia władzy w mieście za pomocą nielegalnych środków. Kiedy oficjalne komitety wiążą sztywne limity wydatków (niespełna 400 tys. zł), ktoś równolegle przepycha kolanem nieujawnione dziesiątki tysięcy złotych na cyfrowy hejt. Państwowa Komisja Wyborcza bezradnie rozkłada ręce, prokuratura umarza zawiadomienia, a Meta liczy gotówkę.
Jeśli przejdziemy nad tym do porządku dziennego i uznamy, że „taki mamy klimat w internecie”, to 27 września przy urnach nie zdecyduje głos świadomych obywateli. Zdecyduje budżet anonimowych trolli opłacany z brudnych kieszeni ludzi, którzy chcą siłowo przejąć władzę w mieście.





![Czy Lewica będzie współpracować z Gibałą? „Nie jesteśmy maszynką do głosowania” [ROZMOWA]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_706.jpg?78bf50236d44acaf6404f52dc4cf4f51)










![Szef sztabu Piątkowskiej: „Gibała będzie gorszy niż Miszalski!” [ROZMOWA]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_689.jpg?78bf50236d44acaf6404f52dc4cf4f51)
![Gibała chciał to ukryć! Zobacz, kto naprawdę wpłacał na jego komitet [UJAWNIAMY LISTĘ]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_688.jpg?78bf50236d44acaf6404f52dc4cf4f51)




