Dziś padło na Bartosza Bocheńczaka z Konfederacji, jutro padnie na kogokolwiek innego. System zbierania podpisów w Polsce osiągnął poziom absurdalnego cynizmu – wystarczy, że partyjny „przyjaciel” z uśmiechem na ustach wręczy ci plik kart z podpisami mieszkańców sąsiedniej gminy, a twoja kariera ląduje w koszu. Bez dowodów, bez śledztwa, bez szans na obronę.
Zbieranie podpisów pod listami poparcia w polskich wyborach od lat przypomina ponury żart, ale to, co dzieje się przy okazji kampanii w Krakowie, przekroczyło już granice groteski. System, który w teorii miał weryfikować autentyczne społeczne poparcie dla kandydatów, w praktyce stał się farsą, a co gorsza – idealnym narzędziem do politycznych ustawek, prowokacji i wycinania konkurencji.
Podrzucić świnię i umyć ręce
Po ludzku szkoda dziś Bartosza Bocheńczaka z Konfederacji. Człowiek idzie do Miejskiej Komisji Wyborczej z przekonaniem, że odrobił lekcje, a kończy w oparach skandalu. Na giełdzie głośnych plotek huczy aż miło: ktoś miał mu podrzucić tzw. „lewe” podpisy. I żeby było jasne – „lewe” wcale nie musi oznaczać, że ktoś usiadł z archaiczną książką telefoniczną czy fałszował podpisy nieboszczyków. Wystarczy podsunąć karty zebrane wśród ludzi spoza Krakowa – mieszkańców Wieliczki, Skawiny czy Zielonek, którzy po prostu nie mają prawa wybierać władz stolicy Małopolski. Efekt? Weryfikacja, odrzucenie kart i katastrofa wizerunkowa.
W krakowskich kuluarach palcami wytykani są dziś Konrad Berkowicz i Piotr Bartosz. Tajemnicą Poliszynela jest, że to ci dwa panowie i ich politycznej kariery najbardziej skorzystają na „odstrzeleniu” kandydata Konfederacji. Głośno nikt tego oczywiście pod nazwiskiem nie powie, wszak brak jakichkolwiek dowodów. I umówmy się: NIE BĘDZIE ICH NIGDY. Gdyby rzeczywiście doszło do „zbrodni”, byłaby to czysta zbrodnia doskonała.
Jeśli potwierdzą się pogłoski o wewnętrznym sabotażu, a nawet strajku włoskim w zbieraniu podpisów poparcia na kandydata własnej partii, bo jeszcze za bardzo urośnie i jedynkę na listach do Sejmu dostanie, to będzie wspaniały przykład skutków skrajnego indywidualizmu, promowanego… pic.twitter.com/Ln9aleN8bF
— Maria Libura (@MariaLibura) September 8, 2026
„Masz Bartek, zebrałem dla ciebie”
Ale wskazanie palcem konkretnych osób to jedno, a prawdziwy problem leży gdzie indziej. Mianowicie w tym, że Bocheńczak – tak samo jak absolutnie KAŻDY inny kandydat zbierający podpisy w tym kraju – nie ma najmniejszej realnej kontroli nad tym, co właściwie przynosi w teczce do Komisji Wyborczej.
Bo jak ta kontrola ma wyglądać w praktyce?
Wyobraźmy sobie ten scenariusz: przychodzi do sztabu działacz, wolontariusz albo partyjny kolega (nazwijmy go Berkowicz, Bartosz, Kowalski, Nowak czy jakikolwiek inny Mentzen) i rzuca na stół plik papierów:
Masz Bartek, zebrałem dla ciebie 500 podpisów pod kościołem i na Rynku.
Co robi Bartek? Dziękuje, pakuje listy i bierze je ze sobą do urzędu. A potem zaczyna się loteria. Masz dobre podpisy czy złe? Ktoś złożył nazwisko z błędem w PESEL-u, wpisał adres tymczasowego zameldowania zamiast zamieszkania, czy celowo podłożył ci świnię? Nic nie wiesz. Zostaje tylko modlitwa. I nadzieja.
Kto nam zgotował ten los?
To absolutna kompromitacja i komedia procedur. Żyjemy w czasach, gdy tożsamość potrafimy potwierdzić w trzy sekundy za pomocą aplikacji w telefonie, a losy kampanii wyborczych w milionowym mieście uzależniamy od tego, czy pan Mietek z Nowej Huty wyraźnie napisał swój numer PESEL na pogniecionej kartce A4.
Kto w ogóle odpowiada za ten absurdalny, feudalny wręcz system? Kto nam to zgotował? Odpowiedź bywa przewrotna. Zestawień i ustawodawczych grzechów z przeszłości jest sporo, a wśród polityków, którzy jako posłowie podnieśli rękę ZA takim kształtem Kodeksu Wyborczego, był nie kto inny jak... Łukasz Gibała. Ten sam, który dziś kreuje się na pierwszego sprawiedliwego krakowskiej sceny.
Stop politycznej ruletce
Ten system wymaga natychmiastowej reformy. Zbieranie papierowych podpisów na ulicach powinno wylecieć na śmietnik historii i zostać zastąpione chociażby weryfikacją przez profil zaufany lub aplikację mObywatel. Dopóki to się nie stanie, dopóty polska polityka lokalna nie będzie walką na programy, tylko kuriozalną rosyjską ruletką, w której wygrywa ten, kto sprawniej podrzuci rywalowi fałszywy plik papieru.

![Majchrowski szczerze o Piątkowskiej: „Moim zdaniem robi błąd” [ROZMOWA]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_587.jpg?48114b574cb052371f1a133c4479967b)

![Kandydatka UCIEKA przed dziennikarzem! W Lewicy znowu wrze. „Akt zdrady” [WIDEO]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_589.jpg?48114b574cb052371f1a133c4479967b)





![Pancerny Marian w ostrym wywiadzie! „Nie jestem celebrytą” [ROZMOWA]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_579.jpg?48114b574cb052371f1a133c4479967b)











![„Dwór kruszył jego zaufanie do mnie”. Kulig o kulisach relacji z Majchrowskim [ROZMOWA]](/images/thumbnails/lne/thumb_131_544.jpg?65efe2048599731ae7f752c9c3fccce6)
