Rzeź miejskiej przestrzeni w wykonaniu sztabu Łukasza Gibały osiągnęła poziom niespotykany. Kiedy ulice zalewa fala nielegalnych materiałów wyborczych, a władze miasta dają twarde ultimatum, wśród krakowskich, tak zwanych aktywistów panuje grobowa cisza. Dlaczego dawni piewcy ładu krajobrazowego udają, że nie widzą samowoli swojego faworyta?
Kraków utonął w plakatowej tandecie, a granice politycznej bezczelności zostały po raz kolejny przekroczone. Porażająca skala nielegalnie wieszanych banerów Gibały osiągnęła poziom, jakiego w naszym mieście dawno nie widziano. Do naszej redakcji spływają setki zdjęć od oburzonych mieszkańców – materiały wyborcze kandydata wiszą niemal wszędzie: na ogrodzeniach, barierkach ochronnych czy przystankach komunikacji miejskiej. Czyli dokładnie w miejscach, gdzie prawo jednoznacznie tego zabrania.
Zgodnie z przepisami Kodeksu wyborczego oraz lokalną uchwałą krajobrazową, przestrzeń publiczna nie jest prywatnym folwarkiem żadnego polityka.
Plakaty i hasła wyborcze można umieszczać na ścianach budynków, przystankach komunikacji publicznej, tablicach i słupach ogłoszeniowych, ogrodzeniach, latarniach, urządzeniach energetycznych, telekomunikacyjnych i innych wyłącznie po uzyskaniu zgody właściciela lub zarządcy nieruchomości, obiektu albo urządzenia.
Sygnały o masowym łamaniu prawa odbiera również Urząd Miasta Krakowa. Sprawa stała się na tyle poważna, że pełniący funkcję prezydenta Stanisław Kracik wystosował oficjalne i zdecydowane pismo do sztabów wyborczych. Żądanie jest jasne: natychmiastowe usunięcie wszystkich nielegalnych materiałów do najbliższego poniedziałku!
Wzywam zatem Panów Pełnomocników do zaprzestania naruszania wspomnianego przepisu przy umieszczaniu przez osoby i podmioty działające w Waszym imieniu nie tylko nowych materiałów wyborczych, ale również oczekuję dokonania w przestrzeni publicznej przeglądu już zamieszczonych materiałów wyborczych, w zakresie zgodności z prawem wyborczym i natychmiastowego och usunięcia (...)
Proszę o podjęcie działań niezwłocznie, nie później niż do 5 październik br.
Co ciekawe, presja mediów działa. Po publikacji naszego ostatniego tekstu część nielegalnych banerów Gibały po cichu zniknęła z miejskiego krajobrazu. Sztab najwyraźniej zaczął panicznie sprzątać to, co wcześniej bezrefleksyjnie porozwieszał.
Zastanawiająca – a wręcz uderzająca – jest jednak wyjątkowa bierność w tej sprawie ze strony tak zwanych miejskich aktywistów. Ludzie, którzy na co dzień głośno i bezlitośnie piętnują każdy centymetr nielegalnej reklamy w mieście, dzisiaj nagle zapadli w głębokie milczenie. Ci wielcy obrońcy miejskiego krajobrazu nagle nabrali wody w usta.
Gdzie podziała się była wojewódzka konserwator zabytków, znana orędowniczka estetyki i obrończyni krajobrazu wszelakiego, Monika Bogdanowska? Gdzie jej apele, głosy oburzenia i przydługie, umoralniające posty w social mediach?
Gdzie ekspertka Gibały ds. estetyki miejskiej, a zarazem pracownica jednego z największych deweloperów Justyna Kolarz?
ZOBACZ TAKŻE: „Niezależni” eksperci Gibały. Sprawdziliśmy pierwszego z brzegu. Pracuje dla... dewelopera
Gdzie głośne krzyki o psuciu przestrzeni wspólnej? Dlaczego dziś wzywający do przestrzegania zasad milczą jak zaklęci? Czyżby dlatego, że w tym przypadku sprawcą jest „pan dobrodziej”, któremu z politycznych względów po prostu nie wypada patrzeć na ręce? Hypokryzja i stosowanie podwójnych standardów aż kłują w oczy.
Skoro samozwańczy strażnicy miejskiej estetyki woleli schować głowę w piasek, redakcja Kanału Krakowskiego wyręczy ich w tym obowiązku. W poniedziałek wyruszymy w teren i skrupulatnie sprawdzimy, czy nielegalne banery Gibały rzeczywiście zniknęły z krakowskich ulic, czy też sztab zignorował polecenie władz miasta.











![Gibała i Piątkowska zmierzą się w II turze wyborów! [WYNIKI, KOMENTARZE]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_655.jpg?04f80d89f4db90a4a0873e9a637b93d9)










