Reklama polityczna
Gibała przerażony przed II turą? Lider sondaży panicznie boi się dziennikarzy
Reklama polityczna

Przebieg negocjacji w sprawie debaty prezydenckiej w Krakowie przypomina dobrze znany, wyreżyserowany spektakl unikania ciosów. Gdy Monika Piątkowska zgodziła się na podany przez sztab Łukasza Gibały termin, ten natychmiast obstawił się buforem bezpieczeństwa i zażądał wyrzucenia mediów za drzwi. Nic dziwnego. Historia nie wybacza, a starcia na żywo sprzed lat pokazały, że bez wsparcia suflerów i gotowych formułek Gibała drastycznie traci w oczach wyborców. Dzisiejsza panika przed niezależnym mikrofonem to najlepszy dowód na to, kto w tej grze tak naprawdę trzęsie się ze strachu.

Kraków zamarł w oczekiwaniu, ale zamiast starcia na programy i wizje rozwoju miasta dostaliśmy polityczne disco polo w wykonaniu sztabu Gibały. Miała być wielka debata, jest wielka ustawka. Gdyby strach przed konfrontacją dało się przeliczyć na krakowskie obwarzanki, Gibała wykarmiłby dziś całe Małopolskie.

Umowa z drobnym drukiem

W poniedziałek, po ogłoszeniu wyników I tury, Piątkowska wyszła na konferencję prasową i rzuciła rękawicę: „Debatujmy”. 

Odpowiedź Gibały? Cała doba na przemyślenie strategii i kalkulowanie strat. Wreszcie we wtorek łaskawie rzucił terminem, godziną i miejscem. Piątkowska krótko: „Spoko, wchodzę w to”. I wtedy zaczął się właściwy cyrk, bo lider sondaży dorzucił swój uwielbiany „drobny druk”.

Zamknięty krąg własnych pytań

Gibała wymyślił propozycję nie do odrzucenia: debata owszem, ale wyłącznie w formule, gdzie tylko kandydaci zadają sobie nawzajem pytania. Żadnych dziennikarzy, żadnych niewygodnych pytań od mediów, żadnej kontroli społecznej.

Przecież niezależny dziennikarz mógłby – nie daj Boże – zapytać o konkret, wyciągnąć starą obietnicę albo drążyć temat, przy którym polityk zaczyna się plątać. Dziennikarze według Gibały powinni stać w kącie i grzecznie klaskać.

Piątkowska przytomnie odpowiedziała, że debata bez przedstawicieli mediów to nie żaden sprawdzian dla polityka, tylko prywatna, skrzętnie wyreżyserowana pogawędka.

I tak od wtorku trwają tasiemcowe „negocjacje”, z których wprost wyziera jeden cel: tak zamieszać, żeby do starcia w ogóle nie doszło.

Bez suflera czar pryska

Trudno nie odnieść wrażenia, że Gibała robi absolutnie wszystko, aby do tej debaty nigdy nie doszło, bo wie jedno: na żywo, w starciu bez kartki i bez taryfy ulgowej, po prostu wypada słabo.

Historia lubi się powtarzać, a pamięć Krakowian nie kończy się na wczorajszym poście na Facebooku. W ostatniej kampanii było dokładnie to samo. Pamiętamy starcia z Aleksandrem Miszalskim? Gdy Gibała wchodził do studia bez wsparcia sztabowców i suflera, jego słupki poparcia topniały w oczach. Każda debata, w której trzeba było odpowiadać na trudne pytania i ripostować bez przygotowanych wcześniej okrągłych zdań, kończyła się dla niego wizerunkową katastrofą.

Panika przed niezależnym mikrofonem

Dlatego teraz oglądamy żałosny spektakl pt. „Jak uniknąć debaty i zwalić winę na kontrkandydatkę”.

Gdyby Gibała był tak pewny swoich racji, swoich pomysłów i swojego poparcia, wszedłby do ustawionego na Rynku Głównym studia na jakichkolwiek warunkach – nawet gdyby pytania zadawali dziennikarze z kosmosu. Polityk, który pretenduje do fotela prezydenta drugiego co do wielkości miasta w Polsce, nie może bać się tradycyjnej mikrofonowej konfrontacji z mediami.

Mieszkańcy zasługują na prawdziwą debatę, a nie na teatr jednego aktora, który boi się zadania trudniejszego pytania niż te, które sam sobie wcześniej napisze. Gibała najwyraźniej zapomniał, że prezydent miasta musieć będzie rozmawiać z każdym – z mieszkańcami, z inwestorami, z opozycją i z mediami. Jeśli pęka już na etapie ustalania zasad debaty, to jak chce rządzić Krakowem?

ZOBACZ TAKŻE: Tropimy partyjnych działaczy. Policzyliśmy, ilu „kolesi” zasiada na kierowniczych stanowiskach. SZOK!

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także