Najpierw podpalić, zatańczyć na zgliszczach, a potem „jakoś to będzie” – tak w skrócie wygląda cała wizja Krakowa według Łukasza Gibały. Choć od początku akcji referendalnej minęły długie miesiące, a do otwarcia lokali wyborczych został zaledwie tydzień z okładem, kandydat wciąż nie pokazał swojego programu. Kraków stoi przed kluczowym wyborem, a jedynym konkretnym rekwizytem w rękach polityka chcącego rządzić miastem wciąż pozostaje pudełko zapałek.
Kampania finiszuje, zegar tyka, do głosowania został tydzień. Wydawałoby się, że to ten moment, kiedy kandydaci rzucają na stół karty, prezentują wyliczone co do grosza projekty, ścierają się na wizje urbanistyczne, komunikacyjne i budżetowe. Tymczasem w sztabie Gibały słychać głównie głośne, wręcz metafizyczne echo.
Program? A po co to komu?!
Tydzień do wyborów, a wizji rozwoju miasta, spójnego planu czy choćby przemyślanego skryptu na to, jak Kraków ma wyglądać po otwarciu lokali wyborczych – brak. Odpowiedzią na pytanie „co dalej?” jest głęboka, bezdenna pustka.
Na osiem dni przed wyborami Gibała NIE MA swojego programu wyborczego! Na jego stronie internetowej, czyli platformie służącej właśnie do prezentacji programu, mamy informację, że ten pojawi się… WKRÓTCE.
Zatańczyć na zgliszczach
To nie jest pierwszy raz, gdy Gibała nie ma wizji i pomysłu. Przypomnijmy sobie akcję referendalną. Gibała – jako główny sponsor i architekt całego przedsięwzięcia – szedł w zaparte z prostym przekazem: najpierw odwołajmy Aleksandra Miszalskiego, a potem jakoś to będzie. Filozofia polityczna godna piromana: najpierw podpalmy, zburzmy stary porządek, a potem zatańczymy na zgliszczach i pomyślimy, co zbudować z tego, co oszczędził ogień. Wtedy można było jeszcze, przymykając oko, zrzucić to na karby emocji referendalnej dynamiki.
Ale od referendum minęło sporo czasu. Sam Gibała głośno narzekał, że termin wyborów wyznaczono zbyt późno, że Kraków traci cenny czas. Opowiadał o sztabach ekspertów, o intensywnych pracach w podzespołach, o pęczniejących teczkach z analizami. I co z tego wyszło? Nic. Wielkie zero. Okazało się, że ekspertyzy były tak tajne, że nie dowiedzieli się o nich nawet sami wyborcy.
W planie Gibały nie ma drugiego rozdziału
Mówimy tu o człowieku, który od niespełna dwóch dekad – z uporczywością godną lepszej sprawy – próbuje zostać prezydentem Krakowa. Dwie dekady w politycznym czyśćcu, ponad siedem tysięcy dni na przygotowanie choćby małego notesu z konkretnymi pomysłami! Tymczasem cała jego pozycja polityczna została zbudowana wyłącznie na twardej negacji, narzekaniu i wytykaniu błędów innym. Negacja to wygodna poduszka powietrzna – dopóki tylko krytykujesz, nie musisz niczego pompować własnym wysiłkiem.
Gdy jednak przychodzi moment „sprawdzam”, gdy trzeba wyjść na środek sali, położyć na stole gotowy dokument i powiedzieć: „Oto mój Kraków, tak go wybuduję, tyle to potrwa i tak to sfinansuję” – lider krakowskiej opozycji stoi bezradny.
Okazuje się, że po zburzeniu wszystkiego wokół, w planie Gibały nie ma drugiego rozdziału. Spalić, zatańczyć na zgliszczach – i to by było na tyle. Pytanie tylko, czy mieszkańcy Krakowa naprawdę chcą powierzyć klucze do miasta komuś, kogo jedynym pomysłem na zarządzanie jest kupno zapałek.























