Nie wiem czy Państwo pamiętają rozmowę Shreka i osła na temat tego, jak skonstruowane są ogry. Otóż ogry ponoć „mają mnóstwo cech, o których nikt nie wie, bo „ogry są jak cebula – mają warstwy. Cebula ma warstwy i ogry mają warstwy”. To zabawny dialog z mało poważnej animacji, jednakowoż czytając uważnie ostatnie doniesienia prasowe ogólnopolskich mediów o Łukaszu Gibale, trudno nie zadać sobie jednak poważnego pytania: czy najpoważniejszy pretendent do stanowiska prezydenta Krakowa ma warstwy jak cebula i o czym jeszcze nie wiemy?
Czasem ogólnopolskie media zaskakują mnie pozytywnie. W przeciwieństwie do wielu lokalnych gazet i portali, potrafią jeszcze spojrzeć krytycznie na niektóre zagadnienia, zmobilizować się do wysiłku intelektualnego i zadać właściwe pytania. Nie lecą na lep PR-owych zagrywek, marketingowych przekazów i gładkich wypowiedzi. Bowiem im bliżej wyborów w Krakowie, tym częściej słyszeć i czytać możemy o krakowskim prezydencie in spe Łukaszu Gibale i jego rodzinnych interesikach. A samemu kandydatowi to zainteresowanie wcale nie jest na rękę.
Cebula i kapucha
„Polityka” pyta, gdzie są pieniądze bądź długi Łukasza Gibały? Jakie są przepływy finansowe pomiędzy spółkami w klanie Gibałów? Ile pieniędzy pożyczył Łukaszowi jego ojciec, przedsiębiorca alkoholowy? Ile poszło na działania fundacji „Zróbmy sobie Kraków” której założycielem jest jego brat, Bartosza? Na wszystkie kandydat ma odpowiedzi.
Otóż nie miał on nigdy długu ani w kwocie 50 milionów, ani tym bardziej ponad 200 milionów, a pieniądze pożyczały sobie spółki, które miały w tym interes, bo jedna – ta od której była pożyczka – zarabiała na oprocentowaniu pożyczki, druga zaś – ta, która pożyczkę brała – zarabiała, właściwie to nadal zarabia, na inwestowaniu tego kapitału w papiery wartościowe. Tak działa cały system finansowy – tłumaczy Łukasz.
W ocenie analityków to wehikuł inwestycyjno-holdingowy, którego istnienie jest sztucznie podtrzymywane i zabezpieczane przez prywatny kapitał właścicielski. Więc nie róbcie tego sami w domu.
Fundacja, która od kilku lat wydaje pieniądze na druk gazetek, organizacje spotkań i rozdawnictwo prezentów, nie dostaje nic od darczyńców, a wydaje miliony złotych. W ubiegłym roku na budowanie swojego Krakowa poszło drobne 3 miliony złotych. Wam też wydaje się to dziwne?
Cebula i „Rzepa”
Ile mieszkań ma Łukasz Gibała? Z PR-owego punktu widzenia warto odpowiedzieć, że jedno. Może wtedy już ktoś nie doczyta, że ma ono 225 metrów kwadratowych, mieści się na Woli Justowskiej i ma astronomiczną wartość 3,8 miliona złotych! Ale „Rzeczpospolita” poszła kawałek dalej i sprawdziła księgi wieczyste. Okazało się, że to nie jest jedno mieszkanie, a trzy mieszkania, każde z własną księgą wieczystą.
Łukasz Gibała tłumaczy się, że mają wybite przejścia, wiec stanowią jedno przytulne gniazdko, ale prawnicy od nieruchomości, których przywołuje „Rzepa”, twierdzą, że skoro każde z nich ma oddzielną księgę wieczystą, to są to trzy różne mieszkania, gotowe w każdej chwili, by je podzielić i sprzedać. Podobnie było z mieszkaniem stupięćdziesięciodziewięciometrowym, a w zasadzie z dwoma mieszkaniami, które Łukasz sprzedał w 2023 roku za 1,9 miliona złotych. Co ciekawe, każde z mieszkań Łukasza Gibały ma własny kredyt hipoteczny, czyli Gibała ma w tej chwili 3 kredyty – tak, tak, nie na jedno, a na 3 mieszkania…
Co oznacza, że Łukasz Gibała zaciemnia swój stan majątkowy w swoim oświadczeniu majątkowym – uważa przywoływany przez gazetę prezes sieci obywatelskiej Watchdog Polska.
Cebula i pastwiska
Zdaniem autorów analizy majątku Gibałów, do której dotarła „Polityka”, zwycięstwo Łukasza będzie rodziło pytanie o konflikt interesów między funkcją prezydenta a majątkiem ulokowanym za granicami Krakowa. Rzecz polega na tym, że ze spółkami i rodziną Gibałów powiązanych jest 314 ksiąg wieczystych – czyli tłumacząc na nasze, mają w różny sposób, w różnych proporcjach udziały w tylu nieruchomościach. Grunty rolne skupowane i scalane przez Gibałów i osoby z nimi powiązane leżą w gminach Wieliczka, Niepołomice i Zakrzów oraz częściowo w Bieruniu na Śląsku.
Ale w czym potencjalny konflikt interesów? Ano w tym, że jak inwestor chce wybudować np. wielką halę magazynową w Krakowie, przychodzi do urzędu, który mówi mu: przepraszamy, takich działek jak pan szuka nie mamy, ale może pan przecież zainwestować w gminach ościennych, np. w Wieliczce, Niepołomicach, Zabierzowie, Skawinie czy Kocmyrzowie.
I formalnie decyzje o tamtych terenach podejmować będą tamtejsze rady gmin. Ale autorzy analizy, do której dotarła „Polityka” – pisze tygodnik - podkreślają, że „Kraków tworzy wraz z sąsiednimi gminami obszar metropolitalny oraz stowarzyszenie samorządowe, w ramach których uzgadniane są kierunki rozwoju, przebieg dróg, transport zbiorowy i lokalizacja funkcji gospodarczych. Prezydent największego miasta Małopolski ma w tych gremiach pozycję dominującą. I decyduje o infrastrukturze, która przesądza o wartości terenów poza miastem – przebiegu linii tramwajowej, kolei aglomeracyjnej, drogi wylotowej albo węzła przesiadkowego. Wszystkie takie decyzje zmieniają atrakcyjność inwestycyjną gruntów w sąsiedniej gminie, a co za tym idzie i ich wartość, bardziej niż jakakolwiek uchwała tamtejszej rady”. A to zdaniem autorów analizy rodzi pytanie o konflikt interesów w przypadku zwycięstwa Łukasza Gibały – między funkcją publiczną w Krakowie a rodzinnym majątkiem ulokowanym tuż za jego granicą.
Pomidor
Nie sposób w kontekście tego tekstu nie wspomnieć o kolejnym warzywie, a mianowicie o zabawie w „pomidora”. Jak zapewne Państwo pamiętają, polegała ona na tym, że jedna osoba miała za zadanie odpowiadać na słowne zaczepki całej grupy tylko jednym słowem: pomidor. Nie mogę ciągle oprzeć się wrażeniu, że w takiego „pomidora” gra z nami Łukasz Gibała.
Przywołam tutaj pierwszą próbę zorganizowania referendum przez Łukasza Gibałę, 10 lat temu, kiedy prezydentem był Jacek Majchrowski. Wtedy też na ulice wylęgli młodzi ludzie z listami do zbierania podpisów, różnica polegała tylko na tym, że dopiero po jakimś czasie po mieście poszła plotka, że może to nie są do końca wolontariusze, tylko dzieci, którym Łukasz Gibała płaci za wystawanie na ulicach i nagabywanie przechodniów. Ta plotka była tak głośna, ze nawet miejscowi dziennikarze nie mogli jej zignorować i pytali Gibałę, czy jego stowarzyszenie płaci za zbieranie podpisów. „Nie” – odpowiadał każdemu Łukasz Gibała. „Pomidor”.
Dopiero po czasie okazało się, że rzeczywiście, nie płaci stowarzyszenie Gibały, ale płaci inne stowarzyszenie, założone – no co za zbieg okoliczności – przez bliskiego współpracownika Łukasza. Więc ciągle mam takie wrażenie, że Łukasz Gibała w wielu przypadkach na publiczne pytania z kamienną miną odpowiada „pomidor”. I robi tak do momentu, kiedy się nie skuje, albo prawda nie wyjdzie na jaw w innych okolicznościach.
Zasadnym wydaje się zatem pytanie: co będzie po wyborach? Czy wtedy okaże się, że Gibała ma różne cechy, o których nikt nic nie wie? I czy jak w cebuli ukryte są one pod wieloma warstwami, których odkrywanie wiąże się z płaczem?























