• Pozycja: Box 3
Przeczytasz w 2-3 minuty
Andrzej Duda / fot. wikimedia

Krakowski PiS jest dziś w takim kryzysie, że jako kandydata na prezydenta miasta zaczyna wymieniać… byłego prezydenta Polski. Człowieka, który siedział przy jednym stole z najważniejszymi przywódcami świata, własna partia chce dziś wysłać do wojny o śmietniki, parkingi i połajanki z lokalnymi celebrytami polityki. Trudno o bardziej uwłaczający obraz politycznego upadku.

Już samo to, że w PiS-ie pojawia się dziś pomysł wystawienia Andrzeja Dudy na prezydenta Krakowa, jest dla byłego prezydenta Polski zwyczajnie hańbiące.

Mówimy przecież o człowieku, który przez dziesięć lat sprawował najwyższy urząd w państwie. O polityku, który reprezentował Polskę na całym świecie, uczestniczył w szczytach NATO, spotykał się z prezydentami USA, monarchami, premierami największych państw i funkcjonował na absolutnym szczycie politycznej hierarchii. Niezależnie od ocen jego prezydentury – był głową państwa. Dwukrotnie wybraną przez miliony Polaków.

I teraz ci sami ludzie, którzy jeszcze chwilę temu budowali wokół niego niemal pomnikową narrację, chcą go wysłać do walki o Kraków.

To brzmi jak polityczna degradacja.

Andrzej Duda podczas kampanii prezydenckiej / fot. wikimedia

Zwłaszcza, że sam Andrzej Duda kiedyś powiedział Jackowi Majchrowskiemu – gdy z nim przegrał wybory o fotel prezydenta – że "łatwiej jest zostać prezydentem Polski niż prezydentem Krakowa". Osiągnął wszystko, co w polskiej polityce osiągnąć można. Wyżej już się nie da.

Dlatego pomysł, by po dwóch kadencjach w Pałacu Prezydenckim wracał do lokalnej wojny o miasto, wygląda po prostu źle. I to nie dla Krakowa, tylko właśnie dla niego.

Bo co miałby dziś robić były prezydent Polski? Stać na konferencjach prasowych i przekrzykiwać się z miejskimi aktywistami? Toczyć codzienne połajanki o parkingi, ścieżki rowerowe i strefę płatnego parkowania? Obijać się politycznie z Gibałą, Owcą, Bocheńczakiem czy inną Gosek-Popiołek?

To byłby obraz człowieka, którego własne środowisko polityczne nie potrafi wypuścić z godnością.

Andrzej Duda podczas zaprzysiężenia na prezydenta RP / fot. wikimedia

W historii III RP nie było sytuacji, by były prezydent Polski schodził z najwyższego urzędu w państwie do samorządowej bijatyki. I trudno się dziwić. Prezydentura to zwieńczenie kariery politycznej, a nie przystanek przed kampanią o miejskie latarnie i korki na Alejach.

Najbardziej brutalne jest jednak to, co ten pomysł mówi o samym PiS-ie. Bo jeśli partia po latach rządzenia państwem nie ma w Krakowie nikogo poza byłym prezydentem RP, to znaczy, że jest w politycznej desperacji. Że nie wychowała nowych liderów. Że nie ma świeżych nazwisk. Że jedyne, co potrafi zrobić, to sięgnąć po człowieka, który już wszystko w polityce przeżył.

ZOBACZ TAKŻE: Kraków właśnie dostał NAJGŁUPSZY start kampanii wyborczej. „Wychodzę na pole”

I może właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej brutalne: Andrzej Duda przez lata był dla PiS symbolem sukcesu, dumą obozu, „prezydentem wszystkich patriotów”. A dziś ci sami ludzie próbują zrobić z byłego prezydenta Polski politycznego desperata od gaszenia partyjnych pożarów w Krakowie. Człowieka po dwóch kadencjach w Pałacu Prezydenckim chce się wrzucić do lokalnego błota i kazać mu walczyć o każdy słupek poparcia z ludźmi, którzy nigdy nawet nie zbliżyli się do jego politycznej ligi. Tak nie traktuje się męża stanu. Tak traktuje się politycznego emeryta, którego partia nie potrafi już uszanować.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także