• Pozycja: Box 2
Przeczytasz w 1-2 minuty
Kraków właśnie dostał NAJGŁUPSZY start kampanii wyborczej. „Wychodzę na pole”

Kraków znów wszedł w sezon wyborczy. Można było mieć nadzieję, że po latach smogu, chaosu komunikacyjnego, betonowania przestrzeni, kryzysu mieszkaniowego i turystycznego przeciążenia miasta kandydaci zaczną wreszcie rozmawiać z mieszkańcami jak z dorosłymi ludźmi. Że usłyszymy coś o planie dla miasta, o wizji, o tym, jak zatrzymać odpływ młodych, jak odzyskać przestrzeń dla mieszkańców, jak pogodzić interesy centrum i peryferii. Ale nie. Jeden z kandydatów postanowił rozpocząć kampanię od intelektualnego salta w tył i oznajmił światu, że jest bardziej krakowski niż smok wawelski, bo… „wychodzi na pole”.

I to ma być ten wielki polityczny komunikat otwarcia.

X

Naprawdę trudno wymyślić coś bardziej infantylnego. Miasto z problemami godnymi europejskiej metropolii dostaje dyskusję rodem z podstawówki i odwiecznego sporu kolonijnego między dziećmi z Krakowa i reszty Polski. „Na pole” kontra „na dwór” jako polityczny manifest. To już nie jest nawet kabaret. To jest desperacka próba grania lokalnym stereotypem w nadziei, że mieszkańcy wzruszą się regionalnym memem i uznają: „o, swój chłop”.

Tego typu komunikaty pokazują, jak wielu polityków nadal postrzega wyborców. Jak grupę ludzi, której wystarczy wrzucić prosty plemienny kod kulturowy, regionalny żarcik, kilka emocjonalnych mrugnięć okiem i już można uniknąć poważnej rozmowy. To jest polityka sprowadzona do poziomu gadżetu z Cepelii. Krakowskość jako folklor, nie odpowiedzialność za miasto.

Paweł Śliz, kandydat Polski 2050 / fot. wikimedia

Bo przecież łatwiej mówić o „wychodzeniu na pole” niż o tym, dlaczego młodzi nie mogą kupić mieszkania. Łatwiej wrzucić tweet o regionalizmie niż odpowiedzieć, czy miasto ma jeszcze jakąkolwiek kontrolę nad patodeweloperką. Łatwiej produkować internetowe memy niż powiedzieć mieszkańcom, jak długo jeszcze będą stać w korkach i oddychać powietrzem, które zimą przypomina eksperyment chemiczny.

To jest właśnie współczesna polityka w pigułce: marketing zamiast treści. Kandydaci nie próbują już nawet udawać, że prowadzą debatę o przyszłości miasta. Liczy się viral, chwytliwy tekst, plemienna identyfikacja. Masz się uśmiechnąć, kliknąć serduszko i poczuć wspólnotę z kandydatem, bo używa tego samego regionalizmu co ty. A potem wrócić do codzienności w mieście, które nadal tonie w tych samych problemach.

ZOBACZ TAKŻE: Jeszcze niedawno były nierozłączne. Dziś idą na polityczną wojnę

Jeśli kampania wyborcza naprawdę ma się sprowadzać do ustalania, kto „wychodzi na pole”, a kto „na dwór”, to znaczy, że część klasy politycznej nadal uważa mieszkańców za kompletnych idiotów. I być może największym problemem nie jest już nawet infantylność kandydatów, tylko ich przekonanie, że taka infantylność wciąż działa.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także