Przeczytasz w 2-4 minuty
Głupi jak profesor. Dlaczego Kraków musi wreszcie dorosnąć

Karty zostały wyłożone na stół. Znamy już większość kandydatów, którzy chcą zasiąść w fotelu prezydenta Krakowa. W poniedziałek poznamy jeszcze kandydata Koalicji Obywatelskiej i to by było na tyle. Można odetchnąć. Można poczuć ulgę. Ulgę, bo wreszcie kończy się ten nudny jak flaki z olejem spektakl pod tytułem: „Szukamy profesora”, który serwowały nam obie największe partie: i PiS, i KO.

Tak zwana krakowska inteligencja, samozwańcze elity i cały ten lokalny, napuszony „Krakówek” miały jeden punkt honoru. Wystawiać w boju o prezydenturę PROFESORA. Jakby zarządzanie milionowym miastem wymagało znajomości fizyki kwantowej albo łaciny klasycznej.

Czas powiedzieć to głośno, bez dyplomatycznego owijania w bawełnę: dziś ten cały profesorski tytuł jest g*wno wart.

Głupi jak profesor

Czy papier z uczelni naprawdę świadczy o życiowej mądrości? Błagam. Zapytajcie w samym środowisku akademickim – oczywiście na boku, przy kawie, kiedy nikt nie słucha. Liczba profesorów, którzy potrafią się zgubić we własnym instytucie albo wykazują się totalnym brakiem życiowego "ogaru", jest porażająca. Tytuły naukowe w XXI wieku kompletnie straciły swoją dawną magię. Stały się elementem korporacyjnej drabinki na uczelniach, a nie dowodem na to, że ktoś rozumie świat i ludzi.

Zresztą, spójrzmy na polskie podwórko profesorskie. Czy sam tytuł automatycznie oznacza autorytet dla każdego z nas? Weźmy dwa zupełnie skrajne, a jakże kontrowersyjne przykłady.

Prof. Jan Hartman to filozof i były wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, człowiek z profesorskim tytułem, znany głównie z łamania akademickich tabu i prowokacyjnych wpisów publicystycznych, choćby tych dotyczących etyki relacji rodzinnych, które regularnie wywołują powszechne oburzenie.

Jan Hartman podczas Marszu Ateistów / dot. wikimedia

Z kolei prof. Bogdan Chazan to znany ginekolog i położnik, kolejny profesor, którego działalność i decyzje związane z powoływaniem się na klauzulę sumienia wielokrotnie wywoływały potężną burzę w debacie publicznej i głęboko dzieliły Polaków.

Obaj mają przed nazwiskiem to magiczne „prof.”, a dla połowy kraju ich wypowiedzi czy decyzje są zaprzeczeniem jakiejkolwiek mądrości.

Profesorem jest też były wiceprezydent Krakowa Stanisław Mazur, były rektor Uniwersytetu Ekonomicznego. I jak go dzisiaj oceniacie? No właśnie. Spuśćmy zasłonę milczenia.

Filozof po podstawówce?

Zejdźmy szczebel niżej, czyli do doktorów. Pamiętacie jeszcze Aleksandra Miszalskiego? Ten były już prezydent ma przed nazwiskiem tytuł doktora. I co z tego? Krakowanie szybko podziękowali mu za współpracę i go odwołali twierdząc, że jego doktorat nie przełożył się na genialne zarządzanie miastem.

A Łukasz Gibała? Kolejny doktor, tym razem nauk humanistycznych w zakresie filozofii. Człowiek z tytułem, który – jak powszechnie wiadomo – potrafił zadłużyć swoją firmę na ponad 230 milionów złotych!

Doktor Łukasz Gibała, filozof / fot. Łukasz Michalik

Z Gibałą mam zresztą osobiste wspomnienie z czasów, kiedy jeszcze ze sobą rozmawialiśmy, a on potrafił odpowiedzieć na zwykłe „dzień dobry”. Przysięgam Wam, że po żadnej z tych rozmów w życiu bym nie zgadł, że ten człowiek skończył coś więcej niż podstawówkę. Zresztą, oglądając jego medialne występy czy popisy na sesjach Rady Miasta, ten wielki doktorat też jakoś dziwnie znika w mrokach dziejów. Zamiast głębi dostajemy tanie, populistyczne hasełka.

Rzucili studia, rządzą światem

Skąd w nas to naiwne przekonanie, że stopień naukowy automatycznie oznacza talent do rządzenia? Zróbmy szybki test rzeczywistości i spójrzmy na listę stu najbogatszych Polaków albo na listę najbogatszych ludzi na świecie. Czy królują tam profesorowie uniwersyteccy? Nie. Co rusz spotykamy tam ludzi bez żadnych tytułów, a często nawet takich, którzy rzucili studia w cholerę, jak choćby Bill Gates czy Mark Zuckerberg.

Bill Gates / fot. wikimedia

Bo do zarządzania wielomiliardowym budżetem, negocjacji z deweloperami i walki o fundusze unijne potrzebna jest inteligencja praktyczna, charyzma i twardy tyłek. Potrzebny jest instynkt sprawnego menedżera, a nie umiejętność pisania przypisów dolnych w pięciusetstronicowej monografii, której i tak nikt nigdy nie przeczyta.

Tytuł naukowy to jedynie fajny dodatek na wizytówce, który ładnie wygląda na zaproszeniach na rauty, ale jego wpływ na rzeczywiste umiejętności przywódcze jest po prostu żaden.

Profesor, brunet czy łysy?

Żebyśmy się dobrze zrozumieli: w tym moim pisaniu wcale nie chodzi o to, że każdy profesor to zło wcielone, a brak dyplomu automatycznie czyni z kogoś geniusza. Profesor może być wybitnym specjalistą w swojej wąskiej dziedzinie, może być też człowiekiem prawym albo kompletnym bucem – dokładnie tak samo, jak każdy z nas.

Chodzi o coś zupełnie innego. Tytuł naukowy w walce o fotel prezydenta Krakowa nie ma dziś absolutnie żadnego znaczenia. Ma dokładnie taką samą wartość i wagę przy zarządzaniu miastem jak to, czy przyszły prezydent będzie blondynem, brunetem, facetem całkowicie łysym czy siwym. To jest cecha czysto estetyczna, fasadowa, która w żaden sposób nie wpływa na to, jak sprawnie będą czyszczone krakowskie ulice i czy miasto udźwignie ciężar kolejnych inwestycji.

Kraków musi wreszcie przestać ekscytować się uniwersyteckimi piórkami. Czas zacząć oceniać ludzi za to, co potrafią zrobić, a nie za to, co mają wpisane przed nazwiskiem.

ZOBACZ TAKŻE: „To obrzydliwe”. Kulisy politycznego piekła w Krakowie wyszły na jaw! [WYWIAD]

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także