Przeczytasz w 2-3 minuty
Wysyp kandydatów po „promil poparcia”. Po co właściwie startują? [7 POWODÓW]

W Krakowie ruszyła giełda nazwisk. Oficjalne i nieoficjalne zgłoszenia kandydatów na prezydenta miasta sypią się jak z rękawa. Obok poważnych graczy z poparciem wielkich partii czy znanych lokalnych komitetów, na liście tradycyjnie pojawia się cała plejada postaci, o których większość krakowian nigdy nie słyszała.

W kuluarach nikt nie ma złudzeń – wielu z nich walczy o wynik w granicach błędu statystycznego, a zebranie wymaganych podpisów będzie dla nich sufitem, a nie podłogą. Po co więc wkładać tyle wysiłku w kampanię, która z góry skazana jest na wyborczą porażkę?

Oto 7 najczęstszych powodów, dla których „egzotyczni” kandydaci decydują się na start.

1. Budowanie nazwiska na przyszłość

Dla wielu młodych lub mniej znanych lokalnych działaczy start w wyborach prezydenckich to najszybszy kurs rozpoznawalności. Nawet jeśli zdobędą 0,5% głosów, ich twarz pojawi się na plakatach, a nazwisko w lokalnych mediach. To idealny kapitał początkowy pod jesienne wybory parlamentarne albo kolejną kampanię do Rady Miasta.

2. Narcyzm i polityczne ego

Polityka przyciąga ludzi o specyficznej konstrukcji psychicznej. Dla niektórych sama świadomość, że ich nazwisko znajdzie się na oficjalnej karcie do głosowania obok najważniejszych osób w mieście, to gigantyczny zastrzyk dopaminy i realizacja życiowego kaprysu.

3. Presja i interesy niszowych partii

Małe, marginalne ugrupowania (od skrajnej lewicy po skrajną prawicę) muszą pokazywać, że żyją. Jeśli partia nie wystawi kandydata w tak prestiżowym mieście jak Kraków, wysyła sygnał, że nie istnieje. Kandydat startuje więc „z partyjnego obowiązku”, by zaznaczyć obecność flagi na mapie.

Dla ludzi z marginesu poparcia to jedyny moment, kiedy mogą stanąć przy jednym stole z liderami sondaży na przykład podczas debat.

4. Podbicie stawki i handel poparciem przed II turą

Zajęcie przedostatniego miejsca z wynikiem 1,5% wbrew pozorom może mieć znaczenie. W twardej walce w drugiej turze, gdzie liczyć się będzie każdy głos, główni kandydaci mogą zacząć pukać do drzwi tych mniejszych z propozycją: „oddajcie nam swoje głosy, a w zamian zrealizujemy jeden punkt waszego programu lub damy wam stanowisko wiceprezydenta/spółce miejskiej”.

5. Darmowa reklama własnego biznesu lub fundacji

Prawo wyborcze rygorystycznie podchodzi do finansowania kampanii, ale w praktyce kandydat-przedsiębiorca, pisarz czy prezes fundacji zyskuje darmowy czas antenowy. Przedstawiając się w mediach, mimochodem promuje swoją książkę, kancelarię adwokacką czy stowarzyszenie.

6. Przetarcie szlaków technicznych

Dla sztabów wyborczych mniejszych komitetów taki start to poligon doświadczalny. Uczą się, jak zbierać podpisy, jak rozliczać fundusze wyborcze i jak współpracować z PKW. To bezcenna lekcja logistyki przed kolejnymi, ważniejszymi dla nich rozdaniami politycznymi.

7. Protest i political fiction

Na koniec grupa „kandydatów-kabareciarzy” lub performerów. Ich start ma być czystą prowokacją, happeningiem mającym obnażyć absurdalność obietnic wyborczych kontrkandydatów. Startują, żeby pokazać systemowi środkowy palec i rozbawić (lub zirytować) wyborców.

ZOBACZ TAKŻE: Proszą, błagają, zagadują: „Łukasz, musisz!”. A on milczy

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także