Przeczytasz w 2-4 minuty
Każde miasto ma swojego Gibałę! Polityczny archetyp, który nigdy nie schodzi ze sceny

Gibałowanie – szczególny styl uprawiania polityki lokalnej: wieloletnie, konsekwentne używanie wszelkich możliwych narzędzi – kampanii, protestów, petycji, konferencji i referendów – w celu zdobycia władzy. Nawet wtedy, gdy wyborcy już kilka razy powiedzieli „nie”. W gibałowaniu „nie” nie kończy dyskusji. „Nie” jest tylko przerwą techniczną.

Gibałowanie narodziło się w Krakowie za sprawą Łukasza Gibały. Patopolityka, który od lat funkcjonuje w stałym trybie kampanii, niezależnie od kalendarza wyborczego. Człowieka, którego nazwisko regularnie wraca przy każdej możliwej okazji politycznej, jakby było domyślnym ustawieniem krakowskiej sceny samorządowej.

I choć można różnie oceniać jego działalność, jedno jest pewne: gibałowanie w wersji krakowskiej to proces długodystansowy, konsekwentny i – co kluczowe – zaplecze ma tu znaczenie większe niż emocje.

Tarnów odnajduje swoją wersję

Okazuje się jednak, że inne miasta także mają swojego Gibałę. Wiecznego przegrywa, który za wszelką cenę chce zdobyć władzę. Nieopodal stolicy Małopolski, w Tarnowie, od lat gibałuje wieloletni uczestnik życia politycznego miasta, próbujący odgrywać w nim pierwszoplanową rolę – Marek Ciesielczyk. Niezależnie od tego, kto akurat sprawuje władzę, jego nazwisko regularnie wraca w kontekście kolejnych inicjatyw, protestów i politycznych sporów.

Ciesielczyk od lat krytykuje każdego prezydenta, który nie nazywa się... Ciesielczyk / źródło: strona internetowa Ciesielczyka - marekciesielczyk.com

Dziś ta aktywność skupia się wokół próby odwołania prezydenta Jakuba Kwaśnego. I gdy czytacie o kolejnym planowanym referendum, to pewnie wzruszacie ramionami i skrolujecie dalej. Ale ale… to nie jest jakiś tam lokalny konflikcik. W rzeczywistości to kolejny rozdział tej samej, wieloletniej historii politycznego uporczywego „wracania do gry”.

Tarnowski Gibała szuka ludzi, którzy pomogą mu odwołać prezydenta / źródło: FB

Antypartia, czyli polityka przeciw polityce

Ciesielczyk stoi na czele ugrupowania o nazwie Antypartia – projektu, który już samą nazwą sygnalizuje sprzeciw wobec tradycyjnej polityki partyjnej. W jego otoczeniu pojawiali się byli działacze Kukiz’15, osoby związane z Bezpartyjnymi Samorządowcami, Kongresem Nowej Prawicy, Demokracją Bezpośrednią czy Wolnymi i Solidarnymi. Czyli cała grupa politycznych odklejeńców.

To polityczna mozaika środowisk, które przez lata łączyło jedno przekonanie: że to one są jedyną realną alternatywą dla całej reszty. Efekt? Ruch, który przypomina raczej archipelag politycznych doświadczeń niż stabilną strukturę zdolną do długofalowego działania.

Marek Ciesielczyk, lider Antypartii / fot. wikimedia

Poza Antypartią, Ciesielczyk jest też liderem buntu przeciwko wszystkiemu. I, jak Gibała, niepoprawnym marzycielem o fotelu prezydenta miasta.

Referendum, które ma być przełomem

W teorii plan jest prosty: powtórzyć scenariusz, który gdzie indziej mógł przynieść efekt polityczny. W praktyce referendum to jedna z najtrudniejszych operacji w polityce lokalnej – wymaga organizacji, ludzi, pieniędzy i zdolności mobilizacji tysięcy mieszkańców.

I właśnie tu zaczyna się problem. Bo sama narracja, nawet najbardziej emocjonalna, nie zastąpi infrastruktury.

W Krakowie widać to było wyjątkowo wyraźnie. Tu też nie wszystko zadziało się od razu i nie wszystko było efektem samej politycznej determinacji. Pierwsze podejście do zmiany układu sił (czyli odwołania ówczesnego prezydenta Jacka Majchrowskiego) nie przyniosło rezultatu. Zabrakło tego, co w takich operacjach jest kluczowe: sprawnego zaplecza i ludzi, którzy potrafią przekuć polityczną emocję w realną operację organizacyjną. Dopiero za drugim razem projekt został domknięty, kiedy do gry wszedł dobrze przygotowany, doświadczony organizator – w praktyce ktoś, kto nie tylko rozumiał politykę, ale też potrafił ją „dowozić”.

Bo referendum nie wygrywa się hasłem ani nazwiskiem. Wygrywa się je logistyką, dyscypliną,  zdolnością do pracy w skali całego miasta i GIGANTYCZNYMI pieniędzmi.

Łukasz Gibała stworzył polityczną maszynkę do mielenia gigantycznych pieniędzy

Gibała ma kasę. A Ciesielczyk?

Różnica między krakowskim a tarnowskim „gibałowaniem” nie sprowadza się do ambicji. Sprowadza się do zaplecza. Gibała przez lata zbudował polityczną maszynę – z ludźmi, strukturami, finansowaniem i zdolnością prowadzenia dużych kampanii.

W przypadku Ciesielczyka tej skali po prostu nie ma. To taki lokalny gracz, który od lat niby chce coś zbudować, ale nawet rozwalanie idzie mu kiepsko. To człowiek, który potrafi głośno krzyczeć, pisać kontrowersyjne treści w internecie, obrażać i donosić do służ, ale nie ma żadnej zdolności zjednywania sobie ludzi.

Gibała też jej nie ma, ale... ma pieniądze. A nic tak nie jednoczy, jak na czas wypłacane wynagrodzenie.

Jakub Kwaśny i Aleksander Miszalski / źródło: FB Jakuba Kwaśnego

Wszystko więc wskazuje na to, że w Tarnowie próba odwołania prezydenta skończy się na... próbie, bo brakuje zaplecza produkcyjnego i finansowego.

I właśnie dlatego „gibałowanie” ma swoją hierarchię. W wersji krakowskiej to długofalowy projekt polityczny. W wersji tarnowskiej? Kolejny lokalny zryw politycznego „bohatera”, który czytając te słowa zapewne uśmiecha się do ekranu, bo jego nazwisko znów krąży w obiegu.

ZOBACZ TAKŻE: Proszą, błagają, zagadują: „Łukasz, musisz!”. A on milczy

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także