• Pozycja: Box 3
Przeczytasz w 2-3 minuty
fot. Kanał Krakowski

Jeszcze wczoraj witali się z gąską. Dziś zostali bez szansy na radę miasta, bez rozpoznawalnego kandydata i z wyborami w terminie, w którym ich elektorat jest poza Krakowem. Mieszkańcy odwołali prezydenta, ale pogrzebali marzenia Konfederacji. Zamiast triumfu są nerwy, chaos i coraz bardziej realna wizja kompromitująco niskiego wyniku.

Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że referendum w Krakowie otwiera Konfederacji drzwi do politycznego skoku. Od miesięcy środowiska związane z partią angażowały się w mobilizację przeciwko Strefie Czystego Transportu i budowały narrację wokół „buntu mieszkańców” wobec miejskich elit. W kuluarach mówiło się wręcz o historycznej szansie: jeśli uda się odwołać radę miasta, Konfederacja mogłaby po raz pierwszy realnie wejść do krakowskiego samorządu z kilkoma mandatami. Straciłby PiS, a zyskałaby właśnie ona.

Tymczasem rzeczywistość okazała się brutalna.

ZOBACZ TAKŻE: Chcieli odwołać samych siebie. Czy mają resztki honoru i teraz złożą mandaty?

Krakowianie odwołali prezydenta miasta, ale nie odwołali rady. A to właśnie ten drugi element był dla Konfederacji kluczowy. Nowe wybory do rady dawałyby jej szansę na polityczne wejście do gry i zbudowanie trwałej pozycji w Krakowie. Bez nich cały impet referendum nagle wyparował. Bo Konfederacja z kilkoma mandatami mogłaby stać się prawdziwym „języczkiem u wagi” w krakowskiej radzie miasta. Ostatecznie została jednak i bez wagi, i bez języczka.

To pierwszy cios.

Sławomir Mentzen rozdaje karty w krakowskiej Konfederacji / fot. wikimedia

Drugi dotyczy wyborów prezydenckich. Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że naturalnym kandydatem Konfederacji będzie Piotr Bartosz - młody, dynamiczny, dobrze przygotowany merytorycznie, jeden z najbardziej rozpoznawalnych organizatorów protestów przeciw SCT. Człowiek, który właściwie politycznie zbudował się na tym referendum. Dobrze wypadał medialnie, był nową twarzą i miał potencjał, by przyciągnąć część młodych wyborców zmęczonych starymi nazwiskami.

I nagle... Sławomir Mentzen postawiła na Bartosza Bocheńczaka. Kogo?, zapytacie. No właśnie.

Bocheńczak jest członkiem Rady Liderów Konfederacji, kierował także kampanią prezydencką Sławomira Mentzena.

ZOBACZ TAKŻE: Mentzen ogłasza kandydata na prezydenta Krakowa. To nie Berkowicz!

Problem polega na tym, że poza ścisłym środowiskiem Konfederacji jest to kandydat praktycznie anonimowy. Nie ma rozpoznawalności Berkowicza, nie ma świeżości i charyzmy Bartosza, nie ma też czasu, by zbudować silną kampanię od zera. A tego czasu jest tak mało, bo pierwsza tura wyborów odbędzie się najpóźniej 23 sierpnia, czyli w samym środku akademickich wakacji.

To dla Konfederacji fatalna wiadomość.

W sierpniu Kraków pustoszeje. Wyjeżdżają studenci, uczniowie, młodzi pracownicy - dokładnie ci wyborcy, wśród których Konfederacja osiąga najlepsze wyniki. Frekwencja w tej grupie będzie prawdopodobnie bardzo niska, a starszy, bardziej zdyscyplinowany elektorat tradycyjnych partii pójdzie głosować niezależnie od terminu.

W efekcie ugrupowanie, które jeszcze chwilę temu widziało w referendum wielką polityczną trampolinę, dziś zostaje właściwie z niczym. Nie udało się doprowadzić do nowych wyborów do rady miasta, a wybory prezydenckie odbędą się w warunkach skrajnie niekorzystnych dla ich elektoratu i z kandydatem, którego większość mieszkańców dopiero będzie musiała poznać.

ZOBACZ TAKŻE: Niech żyje KRÓL! Oto najlepszy kandydat na prezydenta Krakowa

Z wielkich planów może więc zostać symboliczny wynik i niewykorzystana szansa. Referendum miało być początkiem marszu Konfederacji po Kraków. Coraz bardziej wygląda jednak na to, że stanie się jedną z jej największych lokalnych porażek.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także