– Na początku to jest taki rodzaj happeningu, obywatele mówią: hej, nam się to nie podoba i zrobimy władzy psikusa. Ale w momencie, kiedy następuje kradzież mienia publicznego, to już nie jest akcja happenerska. To jest kradzież, za którą płacimy wszyscy – mówi Róża Rzeplińska, szefowa serwisu MamPrawoWiedziec.pl.
W rozmowie w Radiu Kraków odniosła się do kradzieży znaków drogowych informujących o Strefie Czystego Transportu.
– Spór o Strefę Czystego Transportu coraz częściej odwołuje się do narracji o „karze dla biednych”, za którą stoją konkretne środowiska polityczne, co może rodzić pytania o intencje i adresatów tego przekazu – zauważa Rzeplińska. – Jestem zaskoczona, że wzięli to na sztandar politycy Konfederacji, która nie ma praw socjalnych w swoich programach, a nagle mówi o trosce o osoby mniej zamożne.
Rzeplińska interpretuje zdejmowanie znaków Strefy Czystego Transportu jako formę tzw. akcji bezpośredniej – anarchicznego przejmowania wpływu na rzeczywistość publiczną poza procedurami demokracji. Podkreśla jednak, że w przypadku SCT mieszkańcy Krakowa mieli realny wpływ na ostateczny kształt uchwały: strefa została wprowadzona później i w łagodniejszej formie niż pierwotnie planowano. – Tak jak kilka osób ściąga tablice, tak samo te kilka osób mogło uczestniczyć w spotkaniach rady miasta czy konsultacjach społecznych i tam zabierać głos. To jest dokładnie ten sam mechanizm – mówiła w Radiu Kraków.
Rzeplińska zwraca uwagę na realny wymiar finansowy działań przeciwników SCT. – Jeżeli to jest 20 tablic po 600 złotych, to 12 tysięcy złotych piechotą nie chodzi. A to są pieniądze publiczne. To jest narażanie innych obywateli na koszty – uważa.
Cała rozmowa dostępna jest tutaj: Kto niszczy znaki Strefy Czystego Transportu w Krakowie? "Bunt na cudzy rachunek"
Źródło: Radio Kraków





















