Organizatorzy referendum mówią, że to spontaniczny, obywatelski bunt. Ruch oddolny. Inicjatywa społeczna. Tylko że patrząc na całą sprawę… no cóż, ręce same opadają. Bo to nie żadna spontaniczna akcja „z ludu”, tylko dokładnie przemyślana akcja polityczna.
I kto to potwierdza? Sam Konrad Berkowicz, złodziej patelni z IKEA, lider Konfederacji, który mówi wprost: obalenie Miszalskiego to próba zawłaszczenia sobie państwa. Tak, dobrze czytacie – nie jakieś tam „oddolne zaangażowanie mieszkańców”, tylko polityczna szachownica, gdzie Kraków staje się pionkiem w ogólnopolskiej rozgrywce.
Tracąc Kraków, Tusk może stracić władzę w kraju. O to chodzi.
Patrząc na to z dystansu, cała narracja o „obywatelskiej inicjatywie” brzmi jak kabaret. Kto naprawdę wierzy, że setki banerów, kampania w mediach i precyzyjnie skoordynowane ruchy uliczne to dzieło spontanicznego entuzjazmu? To wygląda dokładnie tak, jak wygląda: akcja polityczna, której celem jest uderzenie w KO i pokazanie, że „Tusk nie jest niezniszczalny”.
ZOBACZ TAKŻE: Oto zwycięzca w kategorii: Dzban Roku! Najpierw IKEA, a teraz TO
Nie ma tu żadnej magii demokracji oddolnej. Są polityczne kalkulacje, interesy i – powiedzmy sobie szczerze – typowe dla sceny politycznej polowania na władzę. Kraków to scenografia, Miszalski – jeden z aktorów, a cała reszta to gra o wpływy i tytuły w ogólnopolskich mediach.
Więc jeśli ktoś myślał, że to spontaniczny „ruch obywatelski”, czas zdjąć różowe okulary. Polityka nie zna żartów, a Kraków właśnie stał się sceną kolejnej sztuki politycznej, w której obywatel… no cóż, odgrywa rolę widza.
ZOBACZ TAKŻE: Działaczka Konfederacji zaprasza Rosjan, u Gibały szwalnia onuc. Kacapy przejmują Kraków?




















