• Pozycja: Box 3
Przeczytasz w 1-2 minuty
fot. Kanał Krakowski

Są takie momenty w życiu miasta, kiedy człowiek siada wygodnie, robi sobie herbatkę i mówi: „No to oglądamy”. I właśnie w takim momencie jesteśmy. Referendum? Owszem. Wielkie hasła? Naturalnie. Walka o Kraków, demokrację, przyszłość i wszystko naraz? Jak najbardziej. A organizacja? No cóż… jeszcze dobrze nie zaczęli zbierać podpisów, a już się pokłócili. I to tak pięknie, po krakowsku, publicznie, z pretensjami i fochnymi wpisami.

To jest naprawdę imponujące tempo. Niektórzy potrafią się poróżnić dopiero po pierwszej porażce. Inni po drugiej. A tu proszę: rozłam jeszcze przed rozgrzewką. Nawet nie zdążyli wyciągnąć długopisów, a już wyciągnięto argumenty ciężkiego kalibru: „nie konsultowali”, „zrobili komitet po cichu”, „nas pominięto”, „to nie tak miało wyglądać”.

Czyli klasyka gatunku: „my wszyscy razem”, ale tylko do momentu, gdy ktoś założy koszulkę z napisem „komitet”.

źródło: FB

Najzabawniejsze jest to, że wszyscy deklaratywnie chcą tego samego. Jeden Kraków, jedno referendum, jeden wielki sprzeciw. A w praktyce? Każdy chce być generałem, nikt szeregowym. Każdy chce zbierać podpisy, ale najlepiej pod własnym szyldem. Każdy chce jedności, ale pod warunkiem, że to on rozdaje ulotki… to znaczy karty.

I nagle okazuje się, że największym wrogiem referendum nie jest ani prezydent miasta, ani rada, ani przepisy, ani próg frekwencji. Największym wrogiem referendum są… jego zwolennicy. Ci sami, którzy jeszcze wczoraj krzyczeli o wspólnym froncie, dziś mierzą się spojrzeniem jak na zebraniach wspólnoty mieszkaniowej: „A kto cię upoważnił?”

źródło: FB

Rozłam? To nawet za małe słowo. To raczej krakowska wersja „każdy na swoim”. Zamiast jednej drużyny – kilka podwórek. Zamiast planu – obraza uczuć. Zamiast marszu – przeciąganie liny… tylko że każdy ciągnie w inną stronę.

I tu nie chodzi nawet o to, kto ma rację. Chodzi o to, że jeśli tak wygląda start, to jak ma wyglądać meta? Skoro już na etapie „kto jest w komitecie” lecą iskry, to strach pomyśleć, co będzie przy podziale zadań, pieniędzy, mediów i odpowiedzialności.

Ale może o to właśnie chodzi. Może to nie miała być poważna próba referendum, tylko kolejny krakowski spektakl pod tytułem: „Zjednoczeni, dopóki nie trzeba się dogadać”. Publiczność jest, popcorn też, a aktorzy jak zawsze – bardzo ambitni, tylko scenariusz im się rozjechał.

I to jeszcze zanim zaczęli zbierać podpisy.

A o szczegółach rozłamu pisze Głos24.pl: Rozłam wśród zwolenników referendum? Hareńczyk: "To źle rokuje"

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

To pomaga nam zarabiać. Nie każdy w Krakowie może liczyć na bogatego tatę.

Czytaj także